Nazywam się Michał Wilk. Jestem tatą czwórki dzieci (a wkrótce piątki) i absolwentem filologii polskiej. Moje zainteresowanie literaturą dla najmłodszych nie jest przypadkowe — wynika z potrzeby uważnego przyglądania się temu wciąż niedocenianemu obszarowi kultury. Tworząc tataczyta.com, przyświecała mi myśl, by książki przestały być traktowane jako dodatek czy ozdoba domowych półek, a stały się realnym narzędziem kształtującym wyobraźnię i wrażliwość przyszłych pokoleń.
W recenzjach szczególnie zwracam uwagę na intertekstualność i dialog międzykulturowy — w literaturze dziecięcej wyjątkowo fascynujące. Na blogu publikuję zapowiedzi, premiery oraz rzetelne rekomendacje dla rodzin i młodych czytelników. Poza czytaniem i pisaniem interesuję się fotografią przyrodniczą, zwłaszcza ptakami, której poświęcam każdą z nielicznych wolnych chwil.
Dzieci potrzebują historii nie tylko do zabawy – to właśnie opowieści pomagają im rozumieć świat, przeżywać emocje i budować relacje. Każdy z nas pamięta chwile, gdy rodzic, dziadek lub nauczyciel snuł przed nami fascynującą opowieść. Może była to bajka na dobranoc, może historia z rodzinnych dziejów, a może opowieść pełna niezwykłych przygód. Słuchając, przenosiliśmy się do innego świata, z szeroko otwartymi oczami i zapartym tchem. Te momenty nie tylko rozwijały naszą wyobraźnię, ale także wzmacniały więzi z osobą, która je snuła.
W naturze człowieka od zawsze istniała potrzeba opowieści. To właśnie one porządkują nasz świat, nadają sens wydarzeniom i pomagają lepiej rozumieć rzeczywistość. Ludzie od wieków zbierali się, by słuchać historii – od starożytnych mitów greckich, przez biblijne przypowieści, aż po XIX-wieczne opowieści romantyków, jak u Lermontowa, gdzie zwykła scena zaparzania herbaty staje się wstępem do niezwykłej narracji.
To właśnie dlatego dzieci od zawsze lgnęły do opowieści – niezależnie od czasów i kultur. Dawniej wsłuchiwały się w bajki opowiadane przy kominku, dziś śledzą przygody bohaterów w książkach, filmach animowanych i grach. Mimo zmieniającej się formy przekazu, jedno pozostaje niezmienne – opowieści pomagają nam zrozumieć siebie i świat.
Czytanie i opowiadanie a budowanie więzi rodzinnych
Dzieci doceniają różne rzeczy – zabawki, wakacje, wizyty w parkach rozrywki. Jednak najcenniejszym darem, jaki możemy im dać, jest nasza uwaga i wspólnie spędzony czas. Czytanie książek, opowiadanie historii i słuchanie dziecięcych opowieści tworzy coś, czego nie da się zastąpić – poczucie bliskości i więzi emocjonalnej.
Kiedyś opowieści były przekazywane głównie ustnie – babcie i dziadkowie snuli historie o dawnych czasach, o swoim dzieciństwie, o trudach i radościach codziennego życia. Dzieci, wsłuchane w ich słowa, nie tylko rozwijały wyobraźnię, ale też chłonęły wartości, historię swojej rodziny i wspomnienia, które z czasem stawały się ich własnymi.
Dziś, w świecie pełnym ekranów i rozpraszaczy, warto wracać do tej tradycji. Nic nie zastąpi wspólnego wieczoru z książką w ręku – momentu, gdy dziecko nie tylko słucha, ale może zadawać pytania, śmiać się i przeżywać emocje razem z bohaterami.
Storytelling jako droga do zrozumienia siebie i świata
Współczesna psychologia i edukacja coraz częściej wskazują storytelling jako jedno z najskuteczniejszych narzędzi komunikacji z dziećmi. Wprawdzie wolałbym użyć polskiego słowa gawędziarstwo, ale myślę, że na potrzeby tego artykułu storytelling możemy uznać za odpowiedni termin. Opowieści – czy to bajki na dobranoc, wspomnienia rodzinne, czy przygody literackich bohaterów – są nie tylko źródłem radości, ale także fundamentem rozwoju emocjonalnego i poznawczego.
Doskonale pamiętam, kiedy jako dziecko uczestniczyłem w imprezach harcerskich, na których gawęda była nieodłącznym elementem ogniska lub świeczowiska (to taka namiastka ogniska wewnątrz budynków). Dobry gawędziarz przekazywał nam wówczas wiedzę, która dla nas nosiła znamiona bajki lub legendy, ale płynęła z niej wielka nauka. To dzięki opowieściom dziecko uczy się nazywać emocje, lepiej rozumie siebie i innych, a także zaczyna budować narrację własnego życia.
Marta Bartosik w swojej książce Kraina emocji słusznie podkreśla, że opowiadanie historii to naturalny sposób prowadzenia rozmowy o uczuciach – szczególnie tych trudnych, jak złość, wstyd czy smutek. Opowieść daje dziecku bezpieczną przestrzeń do przeżywania emocji i refleksji, jednocześnie wzmacniając więź z dorosłym, który tę opowieść snuje. To nie tylko słowa, lecz także intencja i uważność opowiadającego sprawiają, że historia nabiera głębi i znaczenia.
Dziecko nie pozostaje biernym słuchaczem – dzięki opowieściom staje się twórcą. Zaczyna samo opowiadać, kreować własne historie, zadawać pytania i snuć fantazje. W ten sposób rozwija wyobraźnię, myślenie przyczynowo-skutkowe, a także uczy się, że każda – nawet trudna – sytuacja może być częścią większej narracji, w której ono samo gra główną rolę. Jak zauważają Weronika Kostecka i Maciej Skowera, słuchane w dzieciństwie baśnie:
„stają się pierwszym alfabetem kultury oraz punktem wyjścia i odniesienia dla kolejnych doświadczeń lekturowych”.
Skoro zatem dzieci potrzebują historii, to potrzebują także dorosłych – nas, którzy potrafimy opowiadać z sercem, zrozumieniem i autentyczną intencją towarzyszenia. Bo każda opowieść – dobrze opowiedziana – ma moc zmieniania świata. Najpierw tego wewnętrznego.
Podzielę się w tym miejscu małą anegdotką – od kilku dni opowiadam swoim dzieciom historię o zdechłej owcy. Niestety, zwierzę było ofiarą mojej niewiedzy, ponieważ dałem owcom skoszoną trawę zmieszaną z piachem, z kosza kosiarki. Wiem, że to smutne, ale chyba opowiadam ciekawie i z dobrą energią. To kolejne potwierdzenie tego, że dzieci potrzebują historii i potrafią ich słuchać z wielką uwagą.
Każde dziecko zasługuje na dobrze opowiedzianą historię.
Dlaczego dzieci potrzebują historii?
Dzieci potrzebują historii, szczególnie dziś – w czasach, gdy przyzwyczajają się do natychmiastowej gratyfikacji w postaci krótkich filmików i gier mobilnych. Książka staje się wtedy czymś więcej niż tylko nośnikiem treści. To przestrzeń do refleksji, zanurzenia się w świecie bohaterów, przeżywania ich emocji.
Dzieci potrzebują historii, ponieważ to właśnie one pomagają im lepiej rozumieć otaczający świat, rozwijają empatię i uczą dostrzegać różne perspektywy. Dzięki opowieściom dzieci mogą wcielać się w rolę podróżnika, detektywa, superbohatera albo zwykłego dziecka, które zmaga się z podobnymi wyzwaniami co one same.
Dobre historie nie tylko bawią, ale i uczą – nie w sensie szkolnej dydaktyki, lecz poprzez emocjonalne doświadczenie. Jak zauważył rosyjski pisarz Kornel Czukowski:
„Cel bajkopisarzy polega na tym, aby za wszelką cenę wykształcić w dziecku człowieczeństwo – tę cudowną zdolność wzruszania się cudzym nieszczęściem, cieszenia się czyjąś radością, przeżywania cudzego losu jak własnego.[1]”
Książki pozwalają dzieciom doświadczyć uczuć i sytuacji, których być może jeszcze nie przeżyły w prawdziwym życiu. Przykładem jest Ostatni dżem babci Alicji Szwinty-Dyrdy – książka, która w delikatny i mądry sposób oswaja temat straty. Takie historie nie tylko pomagają dzieciom przepracować trudne emocje, ale też uczą je rozumienia innych ludzi.
Historie jako klucz do rozwoju intelektualnego
Czytanie książek to nie tylko przyjemność – to także trening umysłu. Wymaga koncentracji, rozwija słownictwo, pobudza wyobraźnię. Opowieści pozwalają dzieciom dostrzegać związki przyczynowo-skutkowe, budować logiczne myślenie i rozwijać kreatywność.
Jak zauważyła Charlotte Huck, amerykańska badaczka literatury dziecięcej:
„Jedno doświadczenie literackie opiera się na poprzednim, pod warunkiem, że dzieci mogą dostrzec powiązania i pomóc im je połączyć.[1]”
Oznacza to, że im więcej dziecko czyta i słucha opowieści, tym lepiej potrafi analizować sytuacje, wyciągać wnioski i budować własne historie. Właśnie dlatego warto dostarczać mu różnorodnych narracji – zarówno tych klasycznych, jak i współczesnych.
Książki mogą także inspirować do działania. Świetnym przykładem jest Fred. Psi ekopatrol Barbary Kosmowskiej, który zachęca dzieci do refleksji nad ekologią i odpowiedzialnością za środowisko. Po jego lekturze moje dzieci zaczęły zauważać śmieci w lesie i samodzielnie próbowały zebrać pozostawione przez innych nieczystości.
Podsumowanie
Opowieści to jedno z najpotężniejszych narzędzi rozwoju dziecka. Pomagają budować więzi rodzinne, uczą empatii, rozwijają kreatywność i umiejętność myślenia. Warto każdego dnia znaleźć chwilę na wspólne czytanie, opowiadanie historii lub po prostu słuchanie, co dziecko ma nam do powiedzenia.
Dzieci potrzebują historii, bo to dzięki nim uczą się rozumieć świat – a często również go współtworzyć. Warto zadbać, by były to opowieści pełne mądrości, czułości i inspiracji.
Jako rodzice możemy w świecie pełnym pośpiechu, ekranów i bodźców naprawdę wiele zmienić i mieć wpływ także na naszą przyszłość. Jeśli zrozumiemy, że dzieci potrzebują historii, takich, które nauczą je kochać, rozumieć i marzyć. Opowieści, które zostaną z nimi na całe życie – jako wewnętrzny kompas, źródło siły i czułości.
W świecie, który nieustannie przyspiesza, opowieści przypominają nam, co naprawdę ważne – czas, uważność, emocje i relacje. Nie potrzebujemy kosztownych gadżetów ani wyrafinowanych technologii, by wspierać rozwój dziecka. Wystarczy historia. Dobrze opowiedziana. Taka, która porusza serce, rozbudza wyobraźnię i daje przestrzeń do rozmowy. Bo właśnie w tych prostych momentach – między słowami – dziecko odkrywa, że jest słyszane, ważne i kochane. A to fundament, na którym buduje się wszystko inne.
Dzieci potrzebują historii – a my potrzebujemy dzieci, by je opowiadać.
Bibliografia:
Bartosik, Marta. Kraina Emocji. Poradnik dla rodziców. Jak rozmawiać z dziećmi o trudnych emocjach. Emocjolandia, 2023.
Czukowski, Kornel. Od dwóch do pięciu. Tłum. Wiktor Woroszylski. Warszawa: Nasza Księgarnia, 1962.
Kostecka, Weronika, Maciej Skowera. W kręgu baśni i fantastyki. Studia o literaturze dziecięcej i młodzieżowej. Warszawa: Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, 2017.
„Pierwsze wiersze dla…” to książka, którą poznaliśmy chwilę po narodzinach naszej córki, czyli w momencie, kiedy uświadomiłem sobie, że: właśnie zostałeś tatą. W tym miejscu bardziej pasowałby może wielokropek – ale nie tym razem. Zdecydowałem się na zdanie zamknięte. Dlaczego? Bo to moment, który kończy pewien etap i rozpoczyna nowy – i kropka… W tym miejscu bardziej pasowałby może wielokropek – ale nie tym razem. Zdecydowałem się na zdanie zamknięte. Dlaczego? Bo to moment, który kończy pewien etap i rozpoczyna nowy – i kropka. Od tej chwili jesteś kimś więcej niż partnerem czy mężem. Stajesz się opiekunem – odpowiedzialnym za rozwój nowego człowieka. I, szczerze mówiąc, trudno mi wyobrazić sobie coś bardziej donisosłego.
Ojcostwo wczoraj i dziś
Na przestrzeni wieków rola ojca zmieniła się diametralnie. Ojciec z Babilonii (około 1894 p.n.e., żeby być precyzyjnym) prawdopodobnie dostałby ataku duszności lub uznałby, że ma jakieś omamy, gdyby zobaczył mężczyznę z wózkiem w parku. A przecież to „tylko” 3919 lat później… Dziś ojciec to nie tyran z pasażem moralnym na ustach, ale czuły towarzysz dziecięcych lęków, przygód i zabaw.
Skoro jako mężczyźni weszliśmy na ścieżkę świadomego ojcostwa, warto zrozumieć, że nasz wpływ na rozwój emocjonalny dziecka jest ogromny – tato. Zwracam się do Ciebie wprost, bo współczesna pedagogika nie tylko przypomina, ale wręcz domaga się obecności ojca, którego przez dekady z różnych powodów po prostu brakowało.
Tata potrafi otworzyć każde okno, także okno wyobraźni
Dlatego dziś zapraszam Cię do świata, którego może jeszcze nie znasz – świata literatury dziecięcej. Tak, tej literatury, która szeroko otwiera okna, wpuszczając orzeźwiający powiew wyobraźni. I to Ty – tato – możesz być tym, który te okna otworzy. Tak jak pompujesz rower albo walczysz z cieknącym kranem, możesz też czytać, śmiać się i śpiewać z dzieckiem – ono na Ciebie czeka!
Tym krótkim wstępem chciałem wprowadzić do tego artykułu nieco poetyki, która będzie nam potrzebna, by docenić wartość poezji zgromadzonej w książce Pierwsze wiersze dla… Książka, wydana przez Instytut Książki w ramach kampanii „Mała książka – wielki człowiek”, jest rozpowszechniana bezpłatnie przez biblioteki uczestniczące w kampanii stanowi jedną ze składowych tzw. wyprawki czytelniczej, o której jeszcze nie raz będę wspominał, ponieważ książki przekazywane bezpłatnie w ramach kolejnych stopni czytelniczego rozwoju są naprawdę wyśmienite.
Wyprawka z poezją zamiast środków na kolkę
Mój pierwszy kontakt z określeniem „wyprawka czytelnicza” miał miejsce w szpitalu – na oddziale położniczym, rzecz jasna. Muszę przyznać, że nie myślałem wówczas o tym, czym dzisiaj dzielę się z Wami. Kiedy przypomnę sobie, z jakim trudem na świat przyszła nasza pierwsza córka, kiedy wracają do mnie słowa jednej z położnych, że „teraz już chyba będzie z nami”… Kiedy w książeczce zdrowia widzę 7 (a miało być 6) w skali Apgar – możecie mi wierzyć – daleki jestem od tego, by pisać, jak bardzo zależało mi wtedy na budowaniu relacji. Chciałem i marzyłem, żeby nasze dziecko rozwijało się prawidłowo, zdrowo.
W takich mniej więcej okolicznościach i nastrojach, dalekich od huraoptymizmu, opuszczaliśmy z żoną oddział noworodkowy. Przy wyjściu otrzymaliśmy pakiet ulotek, reklam, próbek i innych „śmieci” – a przynajmniej tak myśleliśmy. Później okazało się, że większość tych produktów przydała się w trakcie kilku kolejnych dni, a jedną, wyjątkową rzecz z tej listy mamy do dnia dzisiejszego. A była to książka – pierwsze Pierwsze wiersze dla…
Idole, kampanie i… poezja na półce
Bardzo dobrze, że kampania zachęcająca do odwiedzania bibliotek jest realizowana z takim rozmachem i z tak dużym zaangażowaniem mediów oraz znanych osób ze świata kultury. Dla każdego następnego pokolenia „idolami” coraz rzadziej stają się bowiem zapracowani i zabiegani rodzice, a coraz częściej dzieci naśladują wzorce kreowane i eksponowane przez znanych i lubianych aktorów, piłkarzy, piosenkarzy. Ma to oczywiście swoje jasne i ciemne strony, natomiast popularyzowanie czytelnictwa jest bez wątpienia olbrzymim – i mało popularnym – wyzwaniem, zachęcającym do wejścia w „jasną stronę mocy”.
Książka „odporna na dzieciństwo”
Książka Pierwsze wiersze dla… to naprawdę przemyślana koncepcja pod każdym względem. Próżno szukać w tej „pancernej” książeczce wad o charakterze technicznym. Grube, sztywne strony ułatwiają przekręcanie nawet najmniejszym dzieciom. Szczegółem, na który być może niewiele osób zwróci uwagę, są zaokrąglone krawędzie – niby detal, ale przypomnijcie sobie, ile razy zdarzyło się Wam ukłuć „rogiem” książki. Sposób klejenia także nie budzi zastrzeżeń – wielokrotne wertowanie, nierzadko wyrywanie przez młodsze rodzeństwo, nie doprowadziło do żadnych uszkodzeń. Ogromną zaletą jest także jakość druku – zastosowana farba nie ściera się i nie odbija światła. Moim zdaniem nie ma się do czego przyczepić.
„Pan Dymek” – ilustracja z książki „Pierwsze wiersze dla…”, która otwiera drzwi do wspólnego czytania i świadomego ojcostwa.
Poetycki dekalog – wiersz po wierszu
Oczywiście aspekty techniczne związane z wykonaniem książki mają duże znaczenie, ale ważniejsze jest to, co znajdziemy wewnątrz. Wspominałem już, że koncepcja książki jest w mojej ocenie bardzo przemyślana, a poeci i poetki z całą pewnością nie znaleźli się tam przypadkowo. Zestaw dziesięciu wierszy tworzy swoisty poetycki dekalog, będący jednocześnie przewodnikiem dla poszukujących dalszych inspiracji czytelniczych rodziców. A kogo znajdziemy w tej mini antologii?
Zbiór otwiera Anna Kamieńska i jej wiersz Pan Dymek. Rodzicom, ale także większości Polaków, poetka znana jest zapewne z dedykacji, którą umieścił ks. Jan Twardowski w wierszu Śpieszmy się – „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”. Twórczość Anny Kamieńskiej znana jest jednak znacznie mniejszemu gronu czytelników, a przecież poetka posiada bardzo bogatą bibliografię nie tylko w obszarze poezji, ale także prozy i eseistyki. Była również doskonałym tłumaczem – na półce posiadam chociażby jej przekład Przemian Owidiusza (1969).
Pan Dymek stwarza doskonałe pole interpretacyjne – kreska, kreska, kółeczko… Niemal machinalnie palec wędruje w kierunku ilustracji wykonanej przez Ewę Kozyrę-Pawlak i Pawła Pawlaka. To kolejna mocna strona tej książki. Ilustracje wykonane techniką kolażu z tkanin zachęcają, by sięgnąć po skrawki materiału i włączyć się w kreatywną zabawę. Na kolejnych stronach znajdziemy wiersze Wandy Chotomskiej, Danuty Wawiłow, Marii Konopnickiej, Ewy Szelburg-Zarembiny, Jana Brzechwy, Juliana Tuwima, Joanny Papuzińskiej, Józefa Czechowicza. O każdym z tych wierszy mógłbym napisać elaborat, ale nie o to przecież chodzi, chcę jedynie zachęcić Was tatusiowie do szukania potencjału drzemiącego w najprostszych, ale nie prostych formach literackich.
Literacka podróż przez dzieciństwo
Każdy z zamieszczonych wierszy odnosi się do motywów nierozerwalnie związanych z toposem dzieciństwa i przekraczaniem kolejnych granic. Motyw domu, zawarty w wierszu Pan Dymek, łączy się z kolejnym lirykiem Wandy Chotomskiej Kołysanka zgadywanka, w którym dziecko spotyka wszystkie znane sobie osoby – mamę, tatę, babcię, dziadka i brata. Z domu można wyjść z jednym z dorosłych na zewnątrz, żeby poznawać okolicę – a tam przecież Lato Danuty Wawiłow, a może Zła Zima Marii Konopnickiej? Uwaga jednak, ponieważ Idzie niebo ciemną nocą Ewy Szelburg-Zarembiny… Czas tajemnic i odpoczynku. Zakres motywów przenosi się w sferę abstrakcji, by na kolejnej stronie odkrywać Psie smutki Jana Brzechwy.
Śpiewajmy z dziećmi
Uważam, że książeczka Pierwsze wiersze dla… jest wyjątkowo udaną pozycją, którą warto mieć na swojej półce, a żeby to zrobić, wystarczy odwiedzić najbliższą bibliotekę. Na zakończenie chciałbym przytoczyć słowa Marii Konopnickiej, która tak napisała o koncepcji literatury przeznaczonej dla najmłodszych odbiorców:
(…) Jeżeli prawdą jest, że dusza dziecka to „tabula rasa”, niemniej istotnie jest ona harfą niemą, na której dobrze, gdy poezja wcześnie rękę kładzie. Bo dziecko nie tylko potrzebuje wiedzieć i widzieć; dydaktyzm, w jaką bądź formę wcielony i pod jakim bądź ukryty kształtem, nie wyczerpuje, nie zaspakaja delikatnych poruszeń duszy dziecka, która pożąda wzlotu, dźwięku, tonu. Może to więc jest dobrze, gdy do dramatu dziecięcego, do dziecięcego eposu przybędzie liryka dziecięca, poezja sama w sobie, która bez żadnych dydaktycznych celów będzie budziła w duszy dziecka pewne nastroje i poddawała harmonię pod przyrodzoną dźwięczność jej duszy. „Taki ja sobie kładę zamiar i o nim właśnie chciałam powiedzieć Panu. Nie przychodzę ani uczyć dzieci, ani też ich bawić. Przychodzę śpiewać z nimi”
Nie wstydźmy się przed własnymi dziećmi – śpiewajmy z nimi, interpretujmy wiersze, czytajmy w sposób, który rozbudzi w nich czytelniczą pasję. W kolejnych wpisach zaprezentuję inne książki dostępne w ramach kampanii „Mała książka – wielki człowiek”.
Jakie książki dla dzieci warto wybierać? To pytanie zadaję sobie za każdym razem, gdy przekraczam próg księgarni lub biblioteki. Pełen dobrej woli, z intencją: „znaleźć coś wartościowego”, staję jak wryty przed ścianą kolorowych okładek. Wszystkie urocze, wszystkie krzyczą: „Zabierz mnie do domu!”, każda błyszczy folią tak bardzo, że w ledowym oświetleniu aż trudno na nie patrzeć – chociaż profesjonalne księgarnie mają to już nieźle opanowane. Każda okładka przyciąga wzrok postaciami z bajek, bohaterami znanymi z seriali dla dzieci, a ty, biedny człowieku, masz albo ograniczone miejsce na karcie bibliotecznej, albo ograniczony budżet. I jeszcze mniej czasu, żeby przeczytać każdą z tych książek przed wypożyczeniem lub zakupem.
Dodatkowym utrudnieniem są książki eksponowane tuż przy wejściu – w liczbie wystarczającej, by zniechęcić do eksploracji głębszych zakamarków regałów. A przecież dalej czekają setki, jeśli nie tysiące tytułów. W tym gąszczu łatwo się zgubić – zwłaszcza gdy nie wiesz, jakie książki dla dzieci naprawdę są warte Twojej uwagi. Piszę ten tekst pod wpływem wczorajszego doświadczenia, więc pozwólcie, że opowiem, co mnie do niego skłoniło.
Wczoraj, 15 kwietnia 2025 roku, wybrałem się z chłopcami do biblioteki. Dziewczyny w tym czasie miały zajęcia z tańca. Nie miałem przy sobie kart bibliotecznych, więc nie planowałem wypożyczać, ale w oczekiwaniu na koniec lekcji postanowiłem po prostu coś poczytać. Moją uwagę przyciągnęła świetnie wyeksponowana seria „Mati” autorstwa Anti Saara, w tłumaczeniu Anny Michalczuk-Podlecki. Ale to też skłoniło mnie do głębszego zastanowienia nad tym, jakie książki dla dzieci trafiają do czytelnika, a które tylko dobrze wyglądają na wystawce.
Zamieniłem kilka słów z przesympatyczną panią bibliotekarką – temat zszedł na biblioteczny marketing i kwestie ekspozycji. Pani uśmiechnęła się i powiedziała: „Z drugiej strony regału też mamy wystawkę… książek, których NIKT nigdy nie wypożyczył.”
Wyobrażacie sobie? NIKT – jakby jej nie było!
Wzięliśmy więc jedną nowość – i jedną „Drugą Nowość”. Padło na Kogutka Ziutka w Pieninach autorstwa Barbary Sudoł. Od daty wydania w 2010 roku – ani jednego wypożyczenia. Ani jednego! Jak się okazało, karty biblioteczne miała przy sobie moja żona, więc mogliśmy zabrać książki do domu. Refleksje po lekturze przeczytacie już niebawem.
Wracając jednak do głównego wątku dotyczącego trudności z wyborem książek dla dzieci – moim zdaniem to nie jest już tylko wybór. To selekcja na poziomie eksperta literatury dziecięcej, pedagoga, grafika i psychologa rozwojowego w jednej osobie. Dlatego tak ważne jest, byśmy potrafili rozpoznać, jakie książki dla dzieci rozwijają, a nie tylko zajmują półkę. Jak zauważa Katherine Minardi, ogromna liczba tytułów dostępnych na rynku stawia przed rodzicem zadanie nie tyle znalezienia „jakiejś książki”, co wybrania takiej, która będzie odpowiednia dla etapu rozwoju dziecka, jego zainteresowań oraz potrzeb emocjonalnych i językowych¹.
W tym sensie proces wyboru zaczyna być czymś więcej niż tylko zero-jedynkową decyzją – to swoisty akt odpowiedzialności wychowawczej, a nie spontaniczna reakcja wywołana bodźcem wzrokowym. Dodam, że często bardzo wartościowe książki odkrywają swoją jakość dopiero w sferze tekstu, ale wiadomo, że dla młodszych dzieci to obraz odgrywa kluczową rolę i sprzyja koncentracji.
Ponieważ jestem w trakcie pisania obszerniejszego tekstu poświęconego literaturze dla dzieci, nie mogę przejść obojętnie wobec zjawisk takich jak globalizacja i tzw. mikskulturowy. Literatura dziecięca to dziś przestrzeń wielogłosowa, dynamiczna i kulturowo zróżnicowana. Jak słusznie zauważa Anna Czabanowska-Wróbel, współczesne książki dla dzieci funkcjonują „pomiędzy lokalnością a globalnym przekazem”² i dlatego – w moim odczuciu – tak trudno poruszać się w tej przestrzeni bez precyzyjnej mapy wartości i kryteriów wyboru.
Jak nie zgubić się w tym labiryncie Minotaura? Czy możliwe jest stworzenie książkowego GPS-a, który pomoże wskazać właściwą drogę? Daleki jestem od tego, by w wyborze literatury dla dzieci stosować rozwiązania typu aplikacje itp., ponieważ istnieje spore prawdopodobieństwo, że będą to przede wszystkim narzędzia marketingowe. Moim zdaniem szalenie ważna jest znajomość przez rodziców książek klasycznych oraz fundamentalnych pozycji kształtujących naszą wielowiekową tożsamość kulturową – Biblii, mitologii, klasyki literatury polskiej i zagranicznej, czyli, mówiąc wprost: dobrze odrobione lekcje z języka polskiego, choćby na 3+.
Warto także kierować się – przynajmniej w pewnym stopniu – zaufaniem do instytucji propagujących czytelnictwo: bibliotekarzy, nauczycieli, wydawców.
Cenną wskazówką w wyborze książki mogą być słowa Natalii Kucirkovej, która w swoim opracowaniu stwierdza, że wybór książki to także wybór pewnej relacji – każda historia to pretekst do wspólnego przeżywania, rozmowy i budowania więzi³. Wobec tego może wcale nie potrzebujemy wspomnianego GPS-a, lecz kompasu emocjonalno-językowego, który pomoże nam odnaleźć to, co naprawdę ważne i na czym nam zależy – czyli dobre, „sycące” opowieści dla naszych dzieci.
Jakie książki dla dzieci będą do tego najlepsze? Te, które tworzą wspólnotę między dorosłym a dzieckiem – jak było w naszym przypadku z Koziołkiem Matołkiem, Psierocińcem i wieloma innymi książkami, o których na pewno przeczytacie na tym blogu.
Między intuicją a planem – sztuka rodzicielskiego wyboru
Jaka jest zatem moja recepta i wskazówka dla tych, którzy akurat dzisiaj zamierzają zasilić półkę z literaturą dla dzieci? Zanim ruszysz do księgarni czy biblioteki, warto poświęcić chwilę i stworzyć sobie pewien plan działania. „Idę, coś znajdę” to nie jest plan – to proszenie się o dwie godziny ślepego przeglądania półek i zakup lub wypożyczenie książki, której nikt potem nie przeczyta (poza Tobą – o drugiej w nocy, szukając ukrytego sensu fabuły).
Plan to nie tylko lista tytułów – to świadomość, po co właściwie czytamy z dziećmi i czego chcemy, żeby z tych książek wyniosły.
Dobór literatury dla dzieci powinien uwzględniać zarówno wiek, jak i poziom rozwoju dziecka – emocjonalny, językowy, poznawczy, a nawet społeczno-kulturowy. Jak zauważa Sean Brotherson, książki powinny „budzić zainteresowanie, pobudzać wyobraźnię i oferować treści adekwatne do poziomu poznawczego dziecka”⁴ .
Nie chodzi więc wyłącznie o to, czy dana pozycja jest „ładna” i „z ładnymi obrazkami”. Istotne jest, czy prezentuje poglądy zgodne z dziecięcą logiką świata, czy wspiera rozwój, czy daje punkt odniesienia do rozmowy i refleksji.
Wybór książki jest – jak już wspominałem – wyborem wartości. W tym sensie – jak podkreśla Anna Czabanowska-Wróbel – dziecięca literatura pełni rolę „laboratorium kultury”, gdzie świat dorosłych zostaje przekodowany na język dostępny dzieciom, ale niekoniecznie uproszczony² .
Dla mnie kluczem w doborze książek dla dzieci jest równowaga wynikająca bezpośrednio z przekazu: książki mają nie tylko bawić, ale i uczyć. Szukam więc treści z przesłaniem, atrakcyjnych ilustracji, bogatego słownictwa oraz poprawnych wzorców językowych i kulturowych.
Z perspektywy najmłodszych czytelników istotne może być także to, żeby książka miała objętość pozwalającą na przeczytanie w ciągu jednego wieczora. A jeśli przy okazji sprawi, że dziecko zapyta: „A co by było, gdyby to się wydarzyło naprawdę?” – to znaczy, że trafiłem na wyjątkowo cenną pozycję.
Nie warto więc polegać wyłącznie na bestsellerach z supermarketu. Lepiej sięgnąć po klasykę, literaturę nagradzaną i rekomendowaną przez biblioteki, nauczycieli oraz czytelników. Można kierować się listami tworzonymi chociażby przez Fundację „ABCXXI”, ale przede wszystkim – warto opierać się na własnym rozeznaniu w potrzebach dziecka.
Współczesne badania – jak te przedstawione przez Katherine Minardi⁵ – wskazują, że to właśnie przemyślana integracja treści literackich z codziennym doświadczeniem dziecka stanowi fundament efektywnego i przyjemnego uczenia się.
Jakie książki dla dzieci są w stanie to zrobić? Te, które wprowadzają w życie dziecka sens – i zostają w nim na dłużej.
Wspomnienia z dzieciństwa zaczynają się od wieczornego czytania. Jakie książki dla dzieci zapisują się w pamięci na całe życie?
Gdy długość ma znaczenie, a cierpliwość to towar luksusowy
Zasada jest prosta: im młodsze dziecko, tym krótsza książka. Dwulatek skupi się na stronie tak długo, jak interesująca jest ilustracja. Dlatego warto wiedzieć, jakie książki dla dzieci w wieku przedszkolnym są najlepiej dopasowane do ich tempa i możliwości percepcyjnych. A potem – przewraca stronę i jazda dalej. Starsze dzieci wytrzymają dłużej, ale i tak warto stopniowo wydłużać książki, by rozwijać ich koncentrację i wytrwałość w śledzeniu narracji.
To, co dla dorosłego jest „krótką historyjką”, dla dziecka może być całym światem – ale tylko pod warunkiem, że ten świat jest czytelny, dostępny i dobrze „dawkowany”. Natalia Kucirkova zauważa, że dzieci najmłodsze przyswajają historię nie linearnie, lecz fragmentarycznie – przez obrazy, rytmy, dźwięki i gesty opiekunów⁶ .
Zbyt długa lub zbyt skomplikowana opowieść może zatem zadziałać odwrotnie niż zamierzaliśmy: rozproszyć uwagę, zniechęcić, a nawet zbudować negatywne skojarzenie z czytaniem jako czynnością nużącą lub zbyt wymagającą. Katherine Minardi uważa, że książka dla młodszych dzieci powinna mieć prostą strukturę fabularną, przewidywalny przebieg i czytelne ramy emocjonalne, które pomagają dziecku orientować się w tym, „kto jest kim” i „co się dzieje”¹ .
Dlatego książki dla maluchów często operują powtórzeniami, rytmem, rymem, a przede wszystkim – dużą ilością ilustracji. To nie estetyczny przypadek, lecz neuropsychologiczna konieczność. Dziecko w wieku dwóch–trzech lat potrzebuje opowieści, która jednocześnie je angażuje i daje poczucie bezpieczeństwa – a to właśnie zapewnia krótka, rytmiczna historia o znanej strukturze.
Rytm i rym wpływają ponadto na melodyjność głosu czytającego, tworząc pozytywne skojarzenia z okresem niemowlęcym: mruczankami, kołysankami, śpiewanymi przez rodziców lub opiekunów – z którymi, mam nadzieję, każde dziecko ma kontakt.
W miarę jak dziecko dorasta, warto wprowadzać teksty nieco dłuższe, z bardziej złożonymi emocjami i relacjami między postaciami. Można to porównać do czytelniczej drabiny, po której wspina się mały czytelnik – taki, który z czasem sięgnie po klasyczną literaturę najwyższych lotów i nie będzie miał trudności ze zrozumieniem przekazu.
Zasada ta wspiera rozwój kompetencji narracyjnych, językowych i emocjonalnych. Ale nawet wtedy – długość nie powinna dominować nad jakością. Bo, jak pokazuje praktyka: lepsze trzy poruszające zdania niż trzydzieści stron, po których dziecko tylko wzruszy ramionami.
Jakie książki dla dzieci warto więc wybierać? Takie, które będą wzrastały wraz z dzieckiem – nie nudząc, ani nie przytłaczając.
Książki o dziwactwach mile widziane – czyli temat ma znaczenie
Czytajcie o dinozaurach, zawodzie nurka lodowego, wielkanocnych zwyczajach w Japonii albo o tym, jak wygląda życie kota w Nowym Jorku. Dziecięca ciekawość nie zna granic, a dobra literatura potrafi ją rozbudzić jeszcze bardziej! Pamiętajcie, że dla dzieci nie ma tematów „zbyt dziwnych” ani „zbyt egzotycznych”, jeśli są podane w sposób, który otwiera wyobraźnię, a nie ją przytłacza.
Współczesna literatura dziecięca coraz częściej porusza tematy, które kiedyś uznawano za „dorosłe” – różnorodność kulturowa, ekologia, relacje społeczne, nawet zagadnienia tożsamości i emocji. Jak zauważa Anna Czabanowska-Wróbel, literatura dziecięca przestała być jedynie przekaźnikiem wartości i moralitetem w przebraniu, a stała się „laboratorium otwartości kulturowej i eksperymentu”⁷.
To właśnie dzięki takiej literaturze dzieci uczą się, że świat jest większy niż ich własna ulica i że „inność” nie jest zagrożeniem, lecz przygodą i możliwością.
Jakie książki dla dzieci potrafią to przekazać? Takie, które są nie tylko odważne tematycznie, ale też opowiedziane z wyczuciem i klasą.
Ilustracje – dziecko widzi wszystko, Ty tylko próbujesz czytać
Podczas gdy Ty skupiasz się na fabule, dziecko analizuje ilustracje jak zawodowy grafik. Zatrzymuje się na detalach, wyłapuje smaczki, zauważa zmiany w minach bohaterów, kolory tła, układ elementów. Obraz staje się dla niego nie tylko ozdobą, lecz równoległą narracją.
Kiedy czytam swoim dzieciom, bardzo często „nie widzę” ilustracji w ogóle – poza tymi, które utrudniają mi czytanie – ale one wiedzą, gdzie skończyliśmy, bo, jak mówią: „ten obrazek już był”.
Natalia Kucirkova podkreśla, że ilustracje i interakcje wizualne w książkach pełnią dziś istotną rolę poznawczą – dzieci uczą się „czytać obraz”, rozpoznawać emocje, budować sens opowieści nie tylko ze słów, ale i z wizualnych tropów⁸ .
To szczególnie ważne we wczesnym dzieciństwie, kiedy rozwój kompetencji wizualnych i językowych przebiega równolegle i wzajemnie się wspiera.
Jakie książki dla dzieci warto wybierać? Te, które oferują tekst i ilustracje jako dwa równoprawne kanały narracji.
Słowa, słowa, słowa… czyli język, który buduje świat dziecka
Dziecięce książki to świetna okazja, by wprowadzić do repertuaru dziecka nowe słowa – takie, których nie używasz na co dzień. Nie tylko dlatego, że „ładnie brzmią” (proszę wybaczyć, ale nie mogłem sobie odmówić przyjemności dodania słów, które najlepiej oddają sens mojej wypowiedzi):
POLONIUSZ: A co też Wasza Wysokość raczy czytać? HAMLET: Słowa, słowa, słowa. (Hamlet, tłum. Stanisław Barańczak, Dzieła dramatyczne, Wydawnictwo Znak, 2005)
Literatura – także dziecięca – ma za zadanie wzbogacać coraz bardziej ubożejący język, rozwijać zdolności poznawcze i dawać dziecku zestaw narzędzi do opisywania coraz bardziej złożonych emocji, sytuacji i idei.
Katherine Minardi wskazuje, że literatura dziecięca może być skutecznym narzędziem integracji nauki czytania z rozwijaniem języka i myślenia krytycznego – pod warunkiem, że nie upraszcza treści do poziomu banału, lecz daje przestrzeń na poznanie i refleksję⁹. Trudne słowo w książce nie powinno być problemem – powinno być zaproszeniem: do rozmowy, pytania, a czasem nawet wspólnego „sprawdzenia w słowniku” – takim prawdziwym, wydrukowanym.
W ten sposób otwieramy dziecku (i sobie) umysł – pokazujemy, że teksty pisane tworzą sieć złożonych zależności.
Wbrew obawom wielu dorosłych, dzieci wcale nie zrażają się „obcymi” słowami. Wręcz przeciwnie – traktują je jak tajne zaklęcia, które dają im dostęp do „dorosłego świata”. A jeśli kiedyś zdarzy się, że Twoje dziecko oznajmi w przedszkolu, że jego kolega „nie pasuje do narracji ich wspólnej zabawy” – możesz być z siebie dumny.
Jakie książki dla dzieci więc wybierać? Te, które nie uciekają przed złożonością języka – tylko ją oswajają.
Rym, rytm i powtórzenia – dzieci to uwielbiają
Nie tylko uwielbiają – potrzebują ich. Powtarzalność i rytmiczność tekstu – zgodnie z obserwacjami m.in. Parry i Taylor – budują nie tylko przyjemność lektury, ale także wzmacniają zapamiętywanie, rozpoznawanie wzorców językowych i wspierają rozwój fonologiczny¹⁰. Rym działa jak kotwica pamięci: zakotwicza brzmienie, znaczenie i emocje w głowie dziecka.
To dlatego dzieci proszą o tę samą książkę po raz pięćdziesiąty. I pięćdziesiąty pierwszy, czego jak sądzę doświadczyli wszyscy rodzice.
Nieprzypadkowo najwcześniejsze formy literatury dziecięcej to wierszyki, wyliczanki, kołysanki. Rytm i rym są dla dziecka tym, czym melodia dla piosenki – nadają sens, strukturę i sprawiają, że słowa „wchodzą same”. Dla rodzica to czasem próba cierpliwości, ale z punktu widzenia dziecka – to właśnie najskuteczniejsza forma nauki języka.
Jakie książki dla dzieci uwzględniają to najlepiej? Te, które „brzmią” jak dziecięcy świat – rytmicznie, melodyjnie i z humorem. Na nutkę dekadencji przyjdzie czas znacznie później – i mam nadzieję, że ten okres przeżyjecie z waszymi dziećmi również wspólnie.
Duża czcionka i… mniej kilogramów
Nie zapominajmy o formie – książka powinna być fizycznie przyjazna. Czcionka powinna być duża i czytelna, strony – niezbyt cienkie, a najlepiej, żeby nie był to śliski papier kredowy, który nierzadko brzydko pachnie. Ilustracje powinny być przejrzyste, a układ graficzny – nieprzytłaczający. Bo co z tego, że książka piękna, jeśli tekst ginie w gąszczu kolorów albo dziecko nie potrafi odróżnić litery „b” od „d”?
Perry Nodelman podkreśla, że „obraz, układ i inne cechy wizualne książki obrazkowej są nie mniej znaczące niż jej składnik werbalny, ponieważ razem tworzą znaczenie, które dziecko odczytuje jako całość”¹¹. Rodzice docenią to szczególnie podczas czytania na dobranoc, gdy lampa nocna ledwo się tli, a ręce omdlewają od trzymania trzystustronicowego tomu o króliku i jego filozoficznych rozterkach.
Proste przesłanie, silna puenta
Nie każda historia musi być metafizyczną medytacją nad losem człowieka. Wystarczy, że coś po sobie zostawi – pytanie, morał, zdziwienie. Czasem jedno zdanie na koniec wystarczy. I muszę przyznać, że wiele takich książek już przeczytaliśmy.
Spójrzcie na zakończenie Akademii pana Kleksa Jana Brzechwy w wersji, którą właśnie trzymam na półce. W ostatnich scenach narrator orientuje się, że bajka była bajką, Mateusz okazuje się autorem historii, a książka dosłownie wraca na półkę. Ostatnie zdanie brzmi:
„Na grzbiecie tej książki widniał napis: Akademia pana Kleksa.”
To nie tylko domknięcie opowieści, ale i subtelne puszczenie oka do czytelnika: historia kończy się tylko po to, żeby mogła się zacząć od nowa. Magia Kleksa nie znika – ona po prostu odpoczywa między stronami, czekając, aż ktoś znów otworzy książkę.
Takie zakończenia mogą być pierwszą iskrą do refleksji – albo do bardzo trudnego pytania, które podważy także twoją wizję rzeczywistości. Jak zauważa Weronika Kostecka, „dobrze opowiedziana opowieść dziecięca zawiera ładunek poznawczy, emocjonalny i aksjologiczny”¹². Nie musi tłumaczyć świata – wystarczy, że go otworzy. Bo siła literatury dziecięcej polega nie na tym, że podaje gotowe odpowiedzi, lecz na tym, że pozwala dziecku je odnaleźć samodzielnie.
Uwaga dla wydawców
Drodzy wydawcy, wiem, że w ostatnim czasie polało się w waszym kierunku morze krytyki w związku z zamieszaniem wokół powieści Chłopki. Opowieść o naszych babkach Joanny Kuciel-Frydryszak. Wybaczcie, ale chciałbym skierować kilka słów także do Was – jako czytający tata.
Na koniec: kilka słów do Was – architektów papierowego świata. Czytanie z dzieckiem to nie tylko spotkanie z tekstem – to również doświadczenie fizyczne i zmysłowe. Książka może być przyjemna w dotyku, czytelna i lekka, albo… wręcz przeciwnie. Niestety, wiele książek dziecięcych nadal nosi, moim zdaniem, znamiona wad fabrycznych, które potrafią skutecznie zepsuć nawet najlepszą historię.
Nieczytelny druk. Ciemna czcionka na ciemnym tle? Naprawdę? Czytanie takich książek wieczorem to tortura. Błagam – jasne tło, kontrastująca czcionka.
Ostre okładki. Trzymając książkę w pionie, czuję dyskomfort ostrych rogów. Czy nie da się tego zaokrąglić?
Książki wagi ciężkiej. Czy dwukilogramowa antologia bajek to naprawdę konieczność? Dzielmy to na tomiki.
Papier. Nieprzyjemny, śliski, trudno przewracać takie strony, które się ze sobą „sklejają”. Z prawdziwą przyjemnością sięgam po książki wydane na papierowym papierze. Być może uda mi się kiedyś napisać artykuł o rodzajach papieru – w konsultacji z jakąś drukarnią. To może być bardzo ciekawe.
Marta Bartosik przypomina, że czytanie z dzieckiem to także komfort psychiczny i fizyczny – również dla dorosłych¹³. Proszę zatem, byście projektowali i drukowali książki, które da się czytać z przyjemnością.
Pamiętajmy, że literatura dla dzieci pozwoli nam zbudować nowy, lepszy świat.
Psie historie dla dzieci potrafią być zabawne, wzruszające, a czasem – bolesne jak zimny nos w środku nocy. Psierociniec Agaty Widzowskiej to jedna z tych opowieści, które nie tylko uczą empatii, ale zostają z czytelnikiem na długo po zamknięciu książki.
Jest wczesna wiosna. Po chodniku skaczą zmarznięte wróble, które – wykorzystując zmarnowane przez człowieka okruchy – starają się przetrwać. W pewnym momencie pojawia się on – bezdomny pies. Żebra na wierzchu i potrzeba kontaktu przemieszana z lękiem, bo przecież na drodze może zawsze pojawić się on… człowiek, który jedną ręką karmi, a drugą potrafi uderzyć.
Bezdomność zwierząt jest trudnym tematem – podobnie jak bezdomność ludzi, chociaż nad ludzkimi tragediami potrafimy przejść z większym dystansem. Nie wiem i nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego mamy większą skłonność do pomagania bezdomnym zwierzętom. Nie wiem, dlaczego niejednokrotnie odwracamy wzrok od bezdomnych ludzi. Być może chodzi o pewnego rodzaju odpowiedzialność – za zwierzę czujemy się w jakimś sensie odpowiedzialni, natomiast człowiek, jako istota samostanowiąca, powinien poradzić sobie sam.
Wybaczcie ten nieco smutny, ale – mam nadzieję – skłaniający do przemyśleń wstęp, jednak przy okazji książki, o której będę dzisiaj pisał, jest on naprawdę konieczny.
Psie historie dla dzieci. Agata Widzowska Psierociniec.
Lubię, kiedy mogę o książce napisać – zabawna historia, która wciąga akcją i doskonałym humorem. Któż z nas nie lubi takich opowieści? Tymczasem w przypadku Psierocińca musimy zmierzyć się z tematem znacznie trudniejszym – a jego waga wzrasta, gdy książkę czytamy naszym dzieciom, które być może słuchają jej w ciepłych łóżeczkach, z pełnymi brzuszkami i poczuciem bezpieczeństwa. W takich okolicznościach przyjdzie nam przeczytać:
„DOM. Tęskniłem za nim, ale utraciłem go na zawsze.” – Remik, Psierociniec, Agata Widzowska
Remik, który jest jednocześnie bohaterem i narratorem tej wspaniałej, obfitującej w emocje książki, wprowadza nas do świata, który dla dzieci może być niezrozumiały, ale jest zarazem doskonałym pretekstem, by rozmawiać o sprawach trudnych. To jedna z tych psich historii dla dzieci, które zostają z nami na długo, bo nie są tylko opowieścią o zwierzętach – są częścią większego zbioru psich historii dla dzieci, które pomagają dziecku zrozumieć świat emocji, także tych trudnych.
Tym bardziej że sama autorka, Agata Widzowska, nie ukrywa swojej wrażliwości, w jednym z maili napisała do mnie, że:
„Należę do osób, które bardzo się wzruszają losem zwierząt. Uważam, że skoro człowiek oswoił zwierzęta dla swoich potrzeb, to jest za nie w pełni odpowiedzialny – do samego końca. Dla psa człowiek jest całym światem, sprawmy więc, żeby stworzyć mu piękno, a nie piekło.”
To wyznanie nie jest pustym hasłem. Ono bije z każdej strony książki. Remik – pies, który stracił dom, ale nie utracił godności – staje się symbolem zaufania, które łatwo zburzyć, a tak trudno odbudować.
W tym podejściu czuć też filozofię bliską autorce: buddyjską wiarę, że wszystkie istoty mają prawo do godnego życia. I może właśnie dlatego Psierociniec tak mocno trafia do serca – bo przypomina, że człowieczeństwo poznaje się nie po tym, jak traktujemy równych sobie, lecz tych, którzy są całkowicie od nas zależni.
Ponieważ czytałem tę książkę kilkanaście razy w całości (tak bardzo spodobała się moim córkom), miałem okazję, by wejrzeć nieco głębiej w opisywaną przez autorkę historię, a zacięcie analityczne – wynikające częściowo z wykształcenia – nie pozwala mi przejść obojętnie obok bogatej warstwy tekstowej.
Mam na imię Remik.
W książce nie ma niepotrzebnych słów. Nie znajdziecie tutaj barwnych opisów przyrody – tu raczej:
„Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu; Patrzę w niebo, gwiazd szukam przewodniczek łodzi; Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?”
Adam Mickiewicz Sonety krymskie, Stepy akermańskie
Mam nadzieję, że autorka nie będzie miała za złe włączenie Stepów akermańskich, bo poezja świetnie rezonuje z tym, co najlepsze niosą psie historie dla dzieci – emocje, których prozą nie sposób wyrazić. Ten zabieg stylistyczny i koncepcyjny sprawia, że w tej prozie schroniskowego życia pojawia się na horyzoncie jutrzenka ocalenia – właśnie poprzez poezję. Autorka podąża, moim zdaniem, bardzo cennym tropem, który w „osobie” Remika znajduje ujście swoistego szlaku podświadomości. Mamy tu czarne charaktery i wielką przyjaźń, mamy miłość i tęsknotę. Jest wszystko, co powinno się znaleźć w dobrej opowieści.
Ogromną wartość dodaną stanowią – moim zdaniem – neologizmy, które zastosowane są z wyczuciem i pomysłowością. Marzy zatem nasz bohater o psernikuczy torcie szczekoladowym, by finalnie obudzić się z pustym brzuchem.
Istotnym kontrastem jest także pochodzenie rasowe mieszkańców Psierocińca. Pies-poeta spędza zsyłkę wśród rasowców. To kolejny kontrast i jednocześnie świetny punkt wyjścia do rozmowy z dziećmi o zasadności kupowania psów rasowych. Na tle wilczurów, dogów, bassetów, pudli i innych, nasz Remik wypada o niebo lepiej – staje się natchnionym psim mędrcem, który myśli bardziej o innych niż o sobie. Aż do chwili… której, rzecz jasna, nie zdradzę – bo to punkt kulminacyjny tej opowieści.
Bardzo ważnym dopełnieniem warstwy tekstowej są ilustracje Małgorzaty Pietralik. Prosta, ale zdecydowana kreska świetnie oddaje stany emocjonalne towarzyszące bohaterom. Przez obrazy także przepływa coś, co można by nazwać literackim echem psich historii dla dzieci – tych narysowanych, nie opowiedzianych. To kolejny wymiar, w którym psie historie dla dzieci zyskują emocjonalną głębię.
Muszę się jednak doczepić do jednej rzeczy – i to niestety częsta bolączka książek dla dzieci. W wielu miejscach tekst staje się nieczytelny, zwłaszcza wieczorową porą, ze względu na zbyt niski kontrast między literą a tłem ilustracji. Dla mnie, astygmatyka, to niemałe wyzwanie. Ale daję radę – więc uznajmy to raczej za plus ujemny niż pełnoprawny minus.
Recepcjaksiążki
Odbiór książki przez czytelników to dla autora chyba największa nagroda – bo, jak można się domyślać, honoraria wystarczają jedynie „na waciki” (albo przynajmniej na karmę dla kota recenzenta). Dlatego pozwolę sobie napisać kilka słów o tym, jak Psierociniec został przyjęty przez moje córki – miały wtedy 6 i 5 lat.
W tym miejscu chciałbym zwrócić się bezpośrednio do autorki: Pani Agato, Psierociniec trafił do naszego domu w bardzo szczególnym momencie. Byliśmy świeżo po wizycie w schronisku dla psów – szukaliśmy ósmego członka naszego rodzinnego stada. Tamta wyprawa była dla nas dorosłych bardzo symboliczna, pełna emocji i rozmów. Ale – co ciekawe – dzieci ten wątek zupełnie pominęły. Może był zbyt krótki, może zbyt „dorosły”, albo po prostu ich wrażliwość potrzebowała czegoś innego, bardziej namacalnego. I właśnie wtedy pojawił się Remik – nie w kojcu, lecz na kartkach książki.
Przyjęcie tej historii przez moje dzieci było czymś więcej niż tylko lekturą. Psierociniec zadziałał jak impuls – jak najlepsze psie historie dla dzieci, które potrafią przeniknąć do świata zabawy i emocji. Stał się katalizatorem wyobraźni i pretekstem do rozmowy o trosce, samotności, odpowiedzialności – o uczuciach, których często brakuje w literaturze dziecięcej.
To właśnie dlatego Psierociniec zasługuje, by znaleźć się wśród tych najważniejszych psich historii dla dzieci – opowieści, które nie tylko bawią, ale też wychowują sercem. Dla moich córek bardzo ważną informacją było to, że główny bohater, czyli Remik, istnieje naprawdę, a historia zaprezentowana w książce ma swoje odniesienie do zdarzeń, które być może poprzedziły adopcję „lisicznego” kundelka przez autorkę.
U dzieci wywołało to dalszy ciąg skojarzeniowy – nie traktowały tej historii jak bajki, ale bardziej jak reportaż. Muszę napisać, że ja także dałem się złapać autorce i dopiero w bezpośredniej wymianie myśli odczarowałem się na elementy literackiej fikcji. Myślę, że to kolejny argument świadczący o kunszcie pisarskim i umiejętności budowania świata przez Agatę Widzowską.
Ostatecznie w naszym domu pojawiło się kundelkowe szczenię, które jest z nami do dzisiaj – nie ze schroniska, bo przy czwórce ludzkich maluchów i kocie procedura adopcyjna była dość skomplikowana, a znalezienie „idealnego” towarzysza rodziny, pozbawionego lęków wobec ludzi i wrogiego usposobienia wobec kotów, okazało się w zasadzie niemożliwe, a na pewno trwałoby wieczność.
Kiedy książka trafia do krwiobiegu…
Kilka dni po lekturze Psierocińca moje dzieci zaczęły… bawić się w psy! Najstarsza córka była Remikiem, młodsza – jego przyjacielem Dredkiem, a maluchy po prostu psami. W naszej sypialni powstało schronisko z kojcami. Było rzucanie piłek i aportowanie, przeskakiwanie przez hula-hop i mnóstwo psich zabaw.
a w naszym domu zapanowała REMIKOMANIA 🙂
Kiedy poeta spotyka poetkę – grafika inspirowana książką Psierociniec Agaty Widzowskiej, jedną z najważniejszych psich historii dla dzieci.
Kulminacyjny punkt zabawy trochę mnie zaskoczył i wymagał dyplomacji. W pewnym momencie dzieci przyniosły smycz (były to smycze reklamowe trzymane w buziach) i poprosiły, żebym zabrał je na spacer, po którym miałem zdecydować, którego psiaka zabieram do domu – żeby nie było dramatu, postanowiłem zabrać wszystkie.
Powiedziałem także, że będą miały budy i długie łańcuchy. Była to rzecz jasna prowokacja. Ku mojemu zdziwieniu – te małe dzieci doskonale wiedziały, że nie trzyma się psów na łańcuchach. Wiedziały, że psy się przytula, kocha, trzyma na kolanach. I to właśnie wtedy zrozumiałem, jak mocno Psierociniec wniknął w ich emocjonalny świat. Remik stał się kimś więcej niż tylko bohaterem z książki – jak bohaterowie tych najważniejszych psich historii dla dzieci – stał się wyobrażeniem potrzeby bliskości i symbolem tych najlepszych psich historii dla dzieci – takich, które zostają w środku na długo po zamknięciu książki.
Dlaczego trzeba przeczytać tę książkę?
Mam nadzieję, że udało mi się Was przekonać. Na koniec jednak oddam głos Joannie Papuzińskiej, która tak pisze:
Waga emocjonalnych doznań literackich może się okazać znacznie istotniejsza dla rozwoju osobowości dziecka, jego zdolności do komunikowania się z innymi ludźmi, zdolności do przezwyciężania cierpień i nieuniknionych trudności niźli czerpana z literatury pięknej wiedza czy informacje.
Literackie emocje wciągają dziecko jak wir i sprawiają, że zaczyna przyglądać się nie tylko światu przedstawionemu, ale też sobie samemu – swoim lękom, marzeniom, pragnieniom. Od zawsze to, co najsilniej przykuwa uwagę młodego czytelnika, to intensywność doznań bohatera – jego radość, ból, strach czy nadzieja. To one stają się lustrem, w którym dziecko przegląda się z pełnym zaangażowaniem.
I właśnie dlatego warto sięgać po takie książki jak Psierociniec – bo one nie uczą tylko słów. One uczą czucia.
Czytajcie dzieciom trudne książki. Rozmawiajcie z nimi o emocjach, o relacjach, o samotności, o potrzebie bliskości. O odpowiedzialności, która zaczyna się tam, gdzie kończy się wygoda. Bo dzieci rozumieją więcej, niż nam się wydaje. Czasem trzeba im tylko podsunąć odpowiednią historię.
Najważniejsze psie historie dla dzieci nie kończą się wraz z ostatnią stroną. One dopiero wtedy się zaczynają – w zabawach, w pytaniach, w sposobie, w jaki dziecko podchodzi do psa na ulicy. W codziennych gestach czułości wobec żyjących stworzeń. A może – jeśli dobrze pójdzie – również wobec ludzi.
Post scriptum
Psierociniec istnieje naprawdę, a jeśli chcecie wspomóc działalność tego schroniska, zajrzyjcie na stronę internetową: psierociniec.pl A jeśli już tam zajrzycie – niech was nie zdziwi, jeśli wrócicie z czymś więcej niż tylko empatią…
Dziecięce emocje to temat, który warto oswajać już od najmłodszych lat – i czasem najlepszym przewodnikiem w tej podróży nie jest psycholog z YouTube’a, ale… ciekawska małpka, zwłaszcza gdy chodzi o dziecięce emocje, które trudno nazwać.
Literatura dla najmłodszych to nie tylko bajki na dobranoc – to fundament rozwoju, opowieści budujące świat, w którym dzieci uczą się być… ludźmi. I właśnie dziecięce emocje są pierwszym językiem, w którym ten świat do nich mówi.
Dlaczego literatura dziecięca ma znaczenie?
Literatura dziecięca oddziałuje na rozwijający się z prędkością miliona połączeń neuronowych na sekundę umysł dziecka na wielu płaszczyznach. Każdy rodzic – choćby po cichu – marzy o tym, by wprowadzić swoją pociechę w świat wartości humanistycznych. Świat, w którym dziecko odnajdzie przede wszystkim człowieczeństwo – o czym tak trafnie pisał Kornel Czukowski.
Gdy rozmawiam z zaprzyjaźnionymi rodzicami, czego szukają w dziecięcej literaturze, najczęściej pojawiają się dwa elementy: aspekt dydaktyczny i emocjonalne wsparcie. W książkach poszukują wzorców – niekoniecznie moralizatorskich, ale takich, które pomagają dzieciom oswoić emocje, potrafiące przerosnąć nawet dorosłych. I mają rację. Dobra literatura dziecięca nie potrzebuje zadęcia – potrzebuje szczerości, zrozumienia i otwartości.
Dziecięca literatura – najprawdziwsza ze wszystkich
W moim przypadku jest podobnie. Traktuję literaturę dla dzieci poważnie – czasem nawet poważniej niż kryminały, w których trup ściele się gęsto przez kilkaset stron. Książki dla najmłodszych są dla mnie ciekawsze, bo są… prawdziwe. Bo są nie tylko źródłem wiedzy i zabawy, ale też narzędziem budowania emocjonalnej inteligencji, oswajania dziecięcych emocji i rozwijania wyobraźni.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego z uwagą przyglądam się książkom pisanym dla dzieci – ich kulturotwórczy potencjał. To opowieści budują świat. Najpierw rodzi się historia – z niej idea – a z idei wynalazek. Prom kosmiczny. Nowe społeczeństwo. Nowy sposób myślenia. A dzieci? Dzieci to najlepsi słuchacze, chłonący świat wszystkimi zmysłami. I właśnie dlatego literatura dziecięca jest prawdopodobnie jedynym gatunkiem literackim, który nie jest tworzony przez tych, którzy go czytają. A to stawia przed dorosłymi ogromną odpowiedzialność. Brak uważności może prowadzić do uproszczeń, przekłamań, deformacji poznawczych. Dziecko poznaje świat przez książki. My – dorośli – ponosimy odpowiedzialność za to, co im podajemy.
Od historii do produktu
W dobie komercjalizacji książki coraz częściej przestają być nośnikami emocji i sensów. Zamiast pełnić rolę neuroprzekaźników opowieści, stają się produktem – łatwym do sprzedaży, łatwym do zapomnienia. Projektowane są według schematu: chwytliwa okładka, mocny tytuł, rozpoznawalna marka – a fabuła? Często traktowana jest jak dodatek, który ma nie przeszkadzać w sprzedaży.
Na półkach księgarń kurzą się wartościowe tytuły – starannie napisane, głębokie, czasem nawet niepozorne wizualnie – podczas gdy inne, stworzone z myślą o marketingu, a nie o dziecku, rozchodzą się jak świeże bułeczki. W efekcie dziecko częściej trafia na książkę „łatwą” – prostą, głośną, błyszczącą – niż na taką, która porusza, zostaje z nim na dłużej, i rozwija jego wewnętrzny świat.
W tym wszystkim łatwo zapomnieć, że dzieci są znacznie bardziej wymagającymi czytelnikami, niż nam się wydaje. One nie potrzebują moralizatorstwa ani wybuchów fajerwerków na każdej stronie. Potrzebują prawdy. Opowieści, które będą ich doświadczeniem, a nie tylko kolejnym kolorowym gadżetem. Książki nie muszą być krzykliwe – muszą być prawdziwe.
George i szczeniaczki, czyli małpa z misją
Z takim właśnie podejściem sięgnąłem po dwunastą już część kultowej serii o pewnej małpce, która z miejsca podbiła serca dzieci na całym świecie. „Ciekawski George i szczeniaczki”, wydany przez wydawnictwo Modo, to kolejna odsłona przygód George’a – bohatera, który uczy dzieci zadawać pytania, odkrywać emocje i… czasem wpaść w tarapaty. Bo przecież tak właśnie wygląda prawdziwe życie.
W tej części George wraz z Mężczyzną w Żółtym Kapeluszu odwiedza schronisko dla zwierząt. Jak to małpa, nie może się powstrzymać od eksploracji – i trafia do pomieszczenia, gdzie znajdują się szczeniaczki. Zachwycony ich obecnością, nieopatrznie doprowadza do sytuacji, w której psiaki zostają wypuszczone z boksu i zaczynają biegać po całym budynku. Zapanowanie nad rozbrykanymi maluchami nie jest łatwe – ale George, jak zawsze, znajdzie sposób, by wszystko zakończyło się dobrze.
To historia pełna ciepła, dziecięcych emocji i… lekcji, które zostają na długo. Dla dziecka – to okazja do rozmowy o odpowiedzialności, opiece nad zwierzętami i skutkach nieprzemyślanych działań, bo przecież pretekstem do wizyty w schronisku było znalezienie bezradnego kociaka. Dla rodzica – gotowy pretekst, by poruszyć temat empatii, troski o innych oraz granicy między zabawą a obowiązkiem.
Ilustracje – proste, jak to u George’a, ale niezwykle wyraziste – pomagają zrozumieć nie tylko akcję, ale przede wszystkim emocje towarzyszące bohaterowi: od zachwytu, przez zakłopotanie, aż po dumę, gdy wszystko dobrze się kończy. To mała książeczka o wielkich sprawach – zwłaszcza gdy chodzi o dziecięce emocje.
Czy warto sięgnąć po tę książkę? Mam nadzieję, że po lekturze tego tekstu nie będziecie mieć wątpliwości. Ale zanim przejdziemy do sedna – kilka słów wprowadzenia, dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji zaprzyjaźnić się z tym niezwykłym literackim psotnikiem.
George, kaczątka i cała paleta emocji. Czasem wystarczy spojrzenie, by dziecko wiedziało, co czuje bohater.
Kim właściwie jest George?
Ciekawski George to nie tylko bohater książek – to klasyk dziecięcej literatury, obecny na rynku już od ponad 70 lat – jak jak na swoje lata trzyma się naprawdę świetnie! Jego przygody przetłumaczono na dziesiątki języków, a same książki sprzedały się w milionach egzemplarzy. George, choć tylko małpka, posiada niemal ludzką zdolność do zadawania pytań, eksperymentowania i – nie oszukujmy się – pakowania się w kłopoty.
Dzieci go uwielbiają, bo widzą w nim samych siebie: ciekawych świata, trochę niezdarnych, ale zawsze chętnych do nauki i działania. Twórcami George’a są Margret i H.A. Rey – małżeństwo, którego historia zasługuje na osobny wpis. Ich wizja, by poprzez przygody pokazać dzieciom, jak radzić sobie z emocjami, uczyniła George’a bohaterem ponadczasowym. Obok Małego Księcia i Kubusia Puchatka, George śmiało zajmuje miejsce w kanonie, chociaż w Polsce jest nieco niedoceniany.
Ciekawski czy ciekawy? Oto jest pytanie!
Przyznam się bez bicia: George trafił do naszego domu dzięki… babci i telewizorowi. Moje dzieci obejrzały animację, parskając śmiechem z zachowania małpiszona. Postanowiłem więc sprawdzić, czy można zdobyć wersję „analogową”. I tak zaczęła się nasza przygoda – od ekranu do papieru. A potem już poszło – książka wskoczyła na szczyt listy życzeń na dobranoc.
Przez kilka dni George był wszędzie. Czytaliśmy rano, wieczorem, w przerwie między „tatooo, pić” a „tatooo, siku”. Książka stała się naszym wspólnym rytuałem, takim rodzinnym zaklęciem, które przywoływało spokój (albo przynajmniej chwilę ciszy). Dzieci traktowały George’a jak starego znajomego, który rozumie ich dziecięce emocje lepiej niż niejeden dorosły – kogoś, kogo się nie tylko zna, ale komu się… kibicuje.
Zacząłem się zastanawiać nad jego fenomenem. Co sprawia, że George tak bardzo przyciąga dzieci? Dlaczego ta niepozorna małpka, bez supermocy i gadających przyjaciół, potrafi porwać uwagę bardziej niż niejedna wybuchowa bajka?
Doszedłem do wniosku, że George przypomina… moje własne dzieci. Ich niepewność, kiedy robią coś po raz pierwszy. Błysk w oku, gdy próbują zrozumieć świat dorosłych – świat, który wydaje się logiczny jak zegar, tylko że tykający w drugą stronę. To ta sama naiwna odwaga i naturalna skłonność do testowania granic, która z jednej strony bywa urocza, a z drugiej potrafi doprowadzić rodzica do granicy świętej cierpliwości.
Ale to właśnie dzięki takim postaciom jak George – dzieci mogą zobaczyć, że nie trzeba być idealnym, żeby być kochanym. Że można coś zepsuć, zgubić, przewrócić… i mimo to dostać szansę, by spróbować jeszcze raz. I może właśnie dlatego George zostaje z dziećmi na dłużej – bo pokazuje im, że ciekawość nie jest wadą, tylko drogą do zrozumienia.
George nie mówi. Ale mówi wszystko.
George nie mówi. Nie uczy dzieci nowych słów. Nie recytuje rymowanek, nie tłumaczy świata językiem dorosłych. Ale – paradoksalnie – uczy je czegoś znacznie głębszego. Uczy je być sobą w świecie pełnym zasad, zakazów i niejasnych reguł. W świecie, w którym nawet dorośli nie zawsze potrafią znaleźć odpowiednie słowa.
Małpka pokazuje, że można się potknąć, że można się bać, że można czegoś nie wiedzieć – i że to wszystko jest… okej. George nie potrzebuje wypowiedzi, by wyrazić emocje – wystarczy spojrzenie, gest, mina. W świecie dzieci, gdzie komunikacja często zaczyna się od emocji, a nie od zdań, to właśnie George mówi najwięcej.
Jak na tak prostą postać – George ma niezwykle wyrazistą twarz. Emocje? Są. Widoczne, klarowne – od euforii przez strach po zakłopotanie. Można je czytać z jego twarzy jak z otwartej książki. I może właśnie dlatego dzieci tak go rozumieją – bo nie trzeba im tłumaczyć, co George czuje. One to po prostu widzą. Czują. Wiedzą.
W ciszy, którą zostawia po sobie George, dzieje się coś niezwykłego – dzieci zaczynają zadawać pytania. Zaczynają mówić. Czasem o tym, co czują George i jego szczeniaczki, a czasem – niepostrzeżenie – o sobie samych.
Emocje pod lupą – czyli jak George uczy rozumienia uczuć
Emocjonalne zaangażowanie w tekst to coś, co staram się osiągnąć przy lekturze niemal każdej książki. Nie chodzi tylko o to, żeby dzieci słuchały – chodzi o to, by czuły. By z przejęciem śledziły losy bohaterów, przeżywały ich sukcesy i porażki, a przede wszystkim – żeby zobaczyły w tych historiach coś z siebie.
Z tego zaangażowania wynika jeszcze jedna bardzo istotna sprawa – dzieci lepiej zapamiętują fabułę, cieszą się i płaczą z bohaterami, rozumieją i wynoszą konkretną wiedzę z tego, co czytają. Uczą się empatii nie z definicji, tylko z doświadczenia – poprzez utożsamianie się z postaciami i sytuacjami, które coś im przypominają. To nie jest wiedza z podręcznika. To wiedza z emocji.
Jednym ze sposobów pomagania dziecku w nawiązaniu głębokiego kontaktu z książką jest zachęcanie go do czytania między wierszami – korzystania ze wskazówek zawartych w tekście, ale także w ilustracjach, mimice, gestach postaci czy niedopowiedzeniach. Pomocne jest też sięganie po własne doświadczenia i skojarzenia.
Technika ta – znana jako wnioskowanie – jest jedną z podstawowych strategii czytelniczych, które nie tylko pozwalają dziecku lepiej zrozumieć opowieść, ale też rozwijają jego zdolność do refleksji, analizy i samoświadomości. Dziecko zaczyna rozumieć, że to, co się dzieje w książce, nie musi być wprost powiedziane, by było prawdziwe – tak jak dziecięce emocje, które często mówią więcej niż słowa.
A kiedy uda się złapać ten moment – ten błysk w oku dziecka, które samo odkrywa, co naprawdę się wydarzyło – wiesz, że czytanie stało się czymś więcej niż opowieścią. Stało się doświadczeniem.
Od bajki do rozmowy: jak rozwijać emocjonalne myślenie
W ćwiczeniu, które zaprezentuję poniżej, zachęciłem moje dzieci – wtedy pięcio- i sześcioletnie – aby spróbowały określić, co czuł Ciekawski George w różnych momentach opowieści. Mogliśmy po prostu o tym porozmawiać, ale ich entuzjazm do rozmów podczas czytania książek jest, szczerze mówiąc, dość ograniczony. Skupiają się na treści i chcą, żebym wreszcie czytał, a nie „gadał po próżnicy”.
Dlatego zrobiłem z tego grę. Zabawa z karteczkami samoprzylepnymi – i już! Zamiast wykładu o emocjach, dostali misję detektywistyczną.
Jedna książka, tyle emocji! Co czuje George? Co czują szczeniaczki? Co poczuje Twoje dziecko?
Dziecięce emocje – jak wspólne czytanie może je oswajać?
Krok 1: Znajdź emocje w książce
Zanim zaczniecie zabawę, przejrzyj książkę samodzielnie. Poszukaj scen, w których George przeżywa wyraźne emocje – może to być radość, zaskoczenie, lęk, zakłopotanie, podekscytowanie, smutek… Nie musisz szukać dramatycznych momentów – nawet drobna zmarszczka na czole George’a to już emocjonalny sygnał.
Zaznacz sobie te strony, sceny lub konkretne obrazki, które Twoim zdaniem będą dobrym punktem wyjścia do rozmowy. Możesz też dopisać sobie krótką notatkę: „tu wygląda na zagubionego” albo „tu śmieje się, ale trochę niepewnie”.
Krok 2: Stwórz Bank Emocji
Teraz czas na przygotowanie karteczek samoprzylepnych. Na każdej z nich napisz nazwę jednej emocji – dużymi, czytelnymi literami. Możesz wykorzystać podstawowe emocje (radość, złość, smutek, strach, zaskoczenie), albo dorzucić bardziej subtelne (zakłopotanie, ekscytacja, znudzenie, ulga, duma).
Karteczki możesz przykleić na marginesach książki, jeśli jesteś odważny i masz książkę „do zadań specjalnych”. Ale równie dobrze możesz je umieścić na osobnym arkuszu lub wydrukowanej stronie z ilustracją George’a – to także świetna opcja do wielokrotnego użytku.
Ten etap nazywam Bankiem Emocji, bo dziecko będzie z niego „pobierać” odpowiednie emocje w trakcie czytania.
Krok 3: Uzupełnij emocjonalną mapę
Kontynuuj przeglądanie książki i dodawaj kolejne, ważne dziecięce emocje, które pojawiają się w historii. Nie musisz tworzyć kompletnej encyklopedii uczuć – skup się na tym, co Twoje dziecko może zrozumieć i poczuć. Dobrze jest mieć zestaw 6–10 karteczek, które pozwolą na zróżnicowaną, ale nie przytłaczającą zabawę.
Pamiętaj, że nie wszystkie emocje muszą być oczywiste. Czasem właśnie te trudniejsze do uchwycenia staną się początkiem ciekawej rozmowy.
Krok 4: Przedstaw dziecku zasady zabawy
Powiedz dziecku, że zostanie detektywem emocji. Wyjaśnij, że jego zadaniem będzie „czytać” nie tylko słowa, ale i twarz, zachowanie i sytuacje, w których znajduje się George.
Zachęć je, żeby używało swojego „emocjonalnego radaru” – czasem będzie musiało zgadywać, czasem się zastanowić, a czasem zaufać intuicji. I to jest w porządku – bo w odczytywaniu emocji nie chodzi o bycie perfekcyjnym, tylko o próbę zrozumienia.
Krok 5: Poznajcie Bank Emocji
Przejdźcie razem przez karteczki z emocjami. Przeczytajcie je głośno, jedna po drugiej. Upewnij się, że dziecko wie, co każda z nich oznacza – możesz podać przykład z codziennego życia:
Radość – na przykład wtedy, gdy dostajesz nową zabawkę
Złość – jak wtedy, gdy ktoś zabiera Ci ostatniego lizaka
Wina – jak wtedy, gdy zjadłaś czekoladkę siostry i nie chciałaś się przyznać, ale potem było Ci trochę smutno
Dzięki temu emocje przestaną być abstrakcyjnymi słowami, a zaczną być uczuciami, które dziecko rozpoznaje z własnego życia.
Krok 6: Czytaj i trop emocje
Teraz możecie zacząć czytanie. Kiedy dotrzecie do zaplanowanej wcześniej „emocjonalnej sceny” (czyli momentu z zaznaczonym znakiem zapytania), zatrzymaj się i zadaj pytanie:
Jak myślisz, co teraz czuje George
Co pokazuje jego twarz?
Czy coś Ci to przypomina?
Zachęcaj do samodzielnej interpretacji, ale jeśli dziecko się waha – sięgnijcie razem do Banku Emocji i przeczytajcie możliwe opcje.
Krok 7: Wybierz i przyklej
Dziecko wybiera odpowiednią karteczkę z nazwą emocji i przykleja ją obok ilustracji w książce albo na planszy. Jeśli wybierze emocję, której jeszcze nie omawialiście – to świetny moment na małą rozmowę.
Zadaj pytanie:
„Czy Ty też kiedyś czułaś się w ten sposób? Kiedy to było?”
To ćwiczenie łączy świat książki z dziecięcymi emocjami – pomaga dziecku przełożyć literacką historię na osobiste przeżycia i uczucia.
Krok 8: Czytaj do końca i bawcie się dalej
Kontynuujcie lekturę, powtarzając kroki 6 i 7 przy każdej kolejnej emocjonalnej scenie. Jeśli dziecko bardzo się wciągnie – nie hamuj go. Niech przykleja karteczki, rysuje własne, tworzy dodatkowe postaci emocji. Im więcej aktywnego udziału – tym lepsze zapamiętanie i zrozumienie.
A na koniec? Zróbcie przegląd emocjonalnej mapy George’a. Sprawdźcie, ile różnych emocji pojawiło się w książce. Zapytaj:
„A która z nich była najbliższa Tobie?”
Zamiast opowiadać o emocjach – przeżywamy je razem z George’em. Karteczki w ruch, emocje na widoku.
Efekt? Emocjonalna burza… i pełne zaangażowanie
Nie byłem pewien, jak moje dzieci zareagują. Ale ku mojemu zaskoczeniu – wciągnęły się po uszy. Kłóciły się o to, czyja jest kolej do przyklejenia karteczki. Żadna z nich nie poprosiła, bym po prostu czytał książkę „po staremu”. Czuły, że uczestniczą w czymś ważnym. Że to nie bajka – tylko wspólna podróż po świecie uczuć.
Jeśli masz starsze dzieci – możesz poprosić je, by same napisały emocje na karteczkach. Dla młodszych – wystarczy, że rozpoznają je po wspólnym omówieniu.
A ty? Spróbujesz?
A Ty? Spróbujesz przeżyć książkę razem z dzieckiem – i wejść z nim w świat dziecięcych emocji?
Jak zachęcić dziecko do czytania? To pytanie zadaje sobie wielu rodziców – zarówno tych, którzy sami kochają książki, jak i tych, którzy dopiero odkrywają świat literatury razem z dzieckiem. I choć nie chodzi o to, by dzieci spędzały całe dnie z nosem w książkach, warto pokazać im, że czytanie to coś więcej niż obowiązek szkolny. To przygoda, bliskość, sposób na wspólne przeżywanie świata i budowanie relacji.
Nie zamierzam namawiać Was do tego, by Wasze dzieci stały się książkowymi molami. Świat wokół jest zbyt fascynujący, by go ograniczać. Ale jako rodzice powinniśmy pamiętać, że mali odkrywcy rozwijają się nie tylko poprzez własne doświadczenia, ale również dzięki mądrości innych – rodziców, dziadków, no i… autorów książek. A my możemy im pomóc – wystarczy wiedzieć, jak zachęcić dziecko do czytania w sposób naturalny i bliski codzienności.
Dla wielu dzieci (i dorosłych) książka była ostoją bezpieczeństwa i namiastką lepszego świata. „Opowieści z Narnii” czy zabawne przygody Ciekawskiego George’a to tylko niektóre z nich – ale o tym za chwilę. Dziś, w erze animacji i ekranów, książka bywa traktowana jak relikt przeszłości. A jednak coś się zmienia.
Obserwujemy pewien synkretyczny rozwój książek. Nie chodzi tylko o to, że są dostępne w wersji audio. Coraz więcej tytułów łączy tradycyjny druk z elektroniką, a nawet z miękkością maskotki! Takie książki – przytulanki, uwielbiane przez moich synów – można znaleźć np. w ofercie wydawnictw Foksal czy Aksjomat.
Ale czy te wszystkie zabiegi naprawdę działają? Cóż, w pewnym sensie – tak. Dzieci chętniej sięgają po książki, które reagują, świecą, grają czy… dają się przytulić. Jednak zauważyłem też coś innego – gdy przeskakujemy na zwykłe książki, dzieci potrafią dotykać ilustracji i czekać, aż kaczka zakwacze, a koparka ruszy silnik.
Dlatego nie oczekujmy, że książka jako przedmiot sama z siebie zaszczepi w dziecku miłość do literatury. To zadanie dla nas – rodziców. A szczególnie dla tatusiów! (O ich roli więcej przeczytacie w innym artykule).
Zebrane poniżej pomysły pokażą Ci krok po kroku, jak zachęcić dziecko do czytania – bez presji, za to z humorem i bliskością.
Jak zatem zachęcić dzieci do czytania?
1. Wpleć książki w rodzinne aktywności
Zanim Twoje dziecko pokocha literaturę, musi poczuć, że książka nie jest tylko „grubą nudą” z obowiązku. Kluczem do sukcesu jest zamiana czytania w zabawę, czyli uczynienie literatury integralną częścią rodzinnych rytuałów.
Książki jako hasła w kalamburach
Masz w domu fanów kalamburów? Świetnie! Niech jednym z zadań będzie odegranie tytułu książki – ale uwaga: „Harry Potter” może oznaczać nie tylko machanie różdżką, ale też próbę latania na miotle wykonanej z mopa. Śmiechu co niemiara, a przy okazji dzieci poznają nowe tytuły.
Quizy rodzinne z książkowymi ciekawostkami
Wieczór z quizem? Zróbcie domowy „Milionerzy – wersja literacka”. Pytania mogą dotyczyć treści książek, imion bohaterów, a nawet detali z ilustracji (dzieciaki mają sokoli wzrok). Możecie też rywalizować: kto szybciej odgadnie, z jakiej bajki pochodzi cytat. Uwaga! Dorośli dostają pytania na poziomie gimnazjum. Dla równowagi psychicznej.
Książka kontra rzeczywistość
Przy każdej możliwej okazji zapytaj dziecko: „A co zrobiłby w tej sytuacji Paddington?”, „Czy Ania z Zielonego Wzgórza poszłaby na ten plac zabaw?”, albo „Jak by to rozwiązał Detektyw Pozytywka?” Taka zabawa to świetne ćwiczenie z empatii i kreatywnego myślenia – i bonusowo: nie wymaga baterii.
Literackie „zrób to sam”
Zaprojektujcie wspólnie okładkę do ulubionej książki. Albo zróbcie domowy teatrzyk na podstawie krótkiej sceny z bajki. Mało tego – dzieci mogą stworzyć własnych bohaterów! Nadajcie im imiona, cechy, może nawet lekko absurdalne supermoce (np. kaczka, która zmienia się w pizzę). Możecie potem wymyślić dla niej całą historię.
Gra planszowa z książkowym twistem
A może gracie w „Grzybobranie”? Zmieńcie planszę – każde pole to tytuł książki, a na niektórych polach dziecko musi odpowiedzieć na pytanie lub opowiedzieć fragment bajki. Albo zróbcie własną grę planszową na bazie ulubionej historii – macie wtedy „Hobbita” w wersji rodzinnej gry przy kominku.
Książkowe karaoke
Niektóre książki dla dzieci są pisane wierszem – zróbcie z tego piosenkę! Albo odczytujcie wersy na głos w rytm muzyki. Nieważne, czy brzmi to jak rap, opera czy… kot na gorącym dachu. Liczy się zabawa!
Nie musisz być lektorem. Wystarczy, że jesteś. To właśnie najprostszy sposób, jak zachęcić dziecko do czytania.
2. Odwiedzajcie razem bibliotekę
Owszem, wyprawa do biblioteki z małymi dziećmi potrafi przypominać misję specjalną. Logistyka na poziomie średnio zaawansowanego planowania wojskowego – bo zanim dotrzecie na miejsce, trzeba pokonać sklep z zabawkami, automat z napojami, nieuniknione „ale ja muszę siku” i „zobacz, lody”. Dla wielu rodziców to gra nerwów, w której każda nagroda (czyli uśmiech dziecka w dziale książek) okupiona jest serią małych negocjacji i przynajmniej jednym okrzykiem rozpaczy typu „ale ja już nie chcę iść do biblioteki”.
A mimo to – warto. Biblioteka to jedno z ostatnich miejsc, gdzie nikt niczego od nas nie chce oprócz… ciszy. A przynajmniej względnej ciszy, bo dzieci w dziale dziecięcym zazwyczaj traktują szept jako sugestię, nie zasadę.
W wielu bibliotekach znajdziemy dziś świetnie zorganizowane przestrzenie dla najmłodszych – kolorowe, przytulne, zachęcające do zostania choć chwilę dłużej. To nie są już zakurzone regały z drewnianymi krzesłami i panią w okularach z łańcuszkiem, która syczy „psssst!”. Nowoczesne biblioteki żyją, oddychają i – co najważniejsze – otwierają się na dzieci.
Coraz częściej pojawiają się też inicjatywy motywujące małych czytelników: za każdą wizytę – naklejka, za dziesięć – nagroda. System prosty, ale działa jak magia. Dzieci uwielbiają konkret i widoczny postęp. Kiedy naklejki zaczynają wypełniać kartę, pojawia się duma i poczucie, że książka to coś, co się zdobywa, nie tylko czyta.
Warto jednak pamiętać o jeszcze jednym – dziecko patrzy. Jeśli Ty tylko siedzisz z telefonem, a książki przegląda wyłącznie ono, to nawet najbardziej sensoryczna bajka z klapkami, dziurami i dźwiękami nie wygra z Twoim przykładem. Wypożycz coś dla siebie. Siądź razem z dzieckiem i poczytaj – może nie głośno, może tylko przez chwilę – ale pokaż, że Ty też jesteś czytelnikiem, a nie tylko przewodnikiem po budynku z książkami.
Sprawdź, czy w Twojej bibliotece odbywają się zajęcia dla dzieci – warsztaty, dni głośnego czytania, spotkania z animatorami. Często są to bezpłatne wydarzenia, które potrafią zainspirować dziecko bardziej niż niejeden program edukacyjny w telewizji.
Wspólne wyprawy do biblioteki mają jeszcze jedną zaletę – tworzą rytuał. Coś stałego, powtarzalnego, co z czasem staje się wspomnieniem z dzieciństwa. I nawet jeśli teraz Twoje dziecko przychodzi po książkę tylko dlatego, że na końcu czeka naklejka, to za kilka lat może wracać już z własnej potrzeby.
I wtedy pomyślisz sobie: było warto. Nawet jeśli po drodze musieliśmy przejść przez dział z batonikami i odciągać malucha od gablotki z zabawkami.
3. Wprowadź rodzinne wieczory z książką (wersja dla zaawansowanych)
Wieczór. Cisza. Lampka się świeci. Koc na kolanach, kubek herbaty w dłoni. Dziecko wtulone w Ciebie, wsłuchane w bajkę. Obrazek z katalogu IKEA. Tymczasem rzeczywistość wygląda nieco inaczej.
Jedno dziecko szuka skarpetki, drugie wciąż domaga się kolacji, trzecie właśnie zaczęło dramat o tym, że ono dziś czytać nie będzie, bo nie lubi tej książki, a czwarte zorganizowało cichą bitwę na poduszki z psem, który właśnie wyniósł „Kubusia Puchatka” pod stół i gryzie go z przekonaniem godnym literackiego krytyka.
I właśnie wtedy warto… czytać.
Nie dlatego, że to łatwe. Właśnie dlatego, że to trudne. Bo jeśli potrafisz w tym wszystkim, w tym domowym tsunami chaosu, zatrzymać się choć na chwilę i przeczytać kilka stron, to robisz coś wielkiego. Nie dla rozwoju poznawczego. Dla normalności. Dla pokazania dzieciom, że istnieje taki moment, kiedy wszyscy są razem i nikt nie krzyczy (no, może tylko narrator bajki).
Nie licz na to, że będzie idealnie. Dziecko Ci przerwie. Dwa razy. Pies szczeknie na kuriera. Ktoś będzie udawał bohatera książki i przez pięć minut nie pozwoli kontynuować, bo on teraz mówi. Ktoś się popłacze, bo książka za smutna. A potem, ku Twojemu zdziwieniu, które przerywa tylko ziewnięcie – przychodzi spokój. Ktoś się wtula. Ktoś przestaje mówić. Słuchają.
Czytanie przy kilkorgu dzieciach to nie relaks. To akt odwagi. To jak czytać „Małego Księcia” podczas lądowania samolotu w burzy. Ale robiąc to, pokazujesz dzieciom coś ważnego: że książka to coś, co warto zatrzymać, mimo że cały świat właśnie się kręci jak bęben w pralce.
Z czasem – może za miesiąc, może za rok – dzieci zaczną same sięgać po książki. Nie z obowiązku. Z przyzwyczajenia. Bo wieczór bez książki to jak łóżko bez pościeli. Można, ale coś nie gra.
I tak, dalej będziecie czytać to samo po raz osiemnasty. Ale teraz już wiesz – nie chodzi o co czytacie. Chodzi o to, że czytacie razem.
A pies? Cóż. On też coś z tego ma. Przynajmniej literacką dietę.
4. Bawcie się w bohaterów książek
Z pozoru to tylko zabawa. Ale tak naprawdę to literatura w czystej, żywej, hałaśliwej postaci. Dzieci nie czytają książek dla fabuły – one je wchłaniają całym sobą, po czym z pełnym przekonaniem zamieniają się w wybranego bohatera i od tej pory obowiązuje w domu nowe prawo: jestem Elsą i nie jem dziś nic oprócz lodu.
U nas bywa różnie. Kraina Arendelle okupuje salon, kuchnia to aktualnie baza ratunkowa dla świnek z „Peppy”, a Bob Budowniczy z ekipą właśnie przeniósł się do łazienki, gdzie budują coś ważnego z klocków i starej szczotki. Przy czwórce dzieci dom rzadko przypomina mieszkanie. Częściej to coś pomiędzy scenografią do musicalu, bunkrem i wystawą literacką z elementami demolki.
I wiesz co? To jest cudowne. Owszem, głośne. Chaotyczne. Momentami doprowadzające do szeptu: „dlaczego nikt mnie nie ostrzegł, że rodzicielstwo to teatrzyk bez reżysera?” Ale też niezwykle rozwijające. Dzieci, odgrywając sceny, trenują empatię, uczą się rozumieć motywacje innych postaci, budują wyobraźnię i – choć brzmi to jak hasło z ulotki ministerstwa edukacji – ćwiczą narrację wewnętrzną.
Nie trzeba zresztą organizować specjalnych spektakli. Wystarczy, że nie wywrócisz oczami, kiedy córka po raz setny mówi, że jest Anną i potrzebuje renifera. A jeśli masz odrobinę siły, dołącz. Zagraj trolla. Albo królową. Albo zdezorientowanego mieszkańca wioski, który nie rozumie, co się dzieje, ale udaje, że wszystko jest pod kontrolą – czyli siebie.
Z młodszymi dziećmi to łatwe – one jeszcze nie znają słowa „obciach”. Starsze dzieci mogą stawiać opór. Nagle robią się „za duże”, „to dziecinne”, „głupie”. Wtedy trzeba działać z subtelnością i ironią. Może nie każ im być księżniczką, ale spróbuj rozmowy: A kim ty byś był w tej historii? A potem – daj przykład. Pokaż, że Ty też potrafisz się wcielić. Z dystansem, z humorem. Pół żartem, pół serio – i już jest punkt zaczepienia.
Zresztą, granie postaci z książek to też sposób na przemycenie tematów, które na trzeźwo dziecko by zbyło machnięciem ręki. Bo nagle, jako smok, może zapytać, czy to źle, że on nie ma przyjaciół. A jako rycerz powie, że ktoś go dziś w szkole wyzwał. I masz otwarte drzwi do rozmowy.
Książka, która żyje poza stronami, to książka, która zostaje w dziecku na dłużej. A dom, który zamienia się w bajkowy świat, to przestrzeń, w której dziecko uczy się, że wyobraźnia to nie ucieczka od rzeczywistości, tylko sposób, by ją lepiej zrozumieć.
A Ty, jako rodzic? Masz dwa wyjścia – albo sprzątasz po całym tym literackim przedstawieniu, albo zostajesz aktorem. Twoja decyzja. Ale pamiętaj – w teatrze rodzinnym bilety są darmowe, ale spektakl trwa codziennie.
5. Po prostu czytaj
Znasz ten złoty slogan z poradników rodzicielskich? „Codziennie czytaj dziecku przynajmniej 20 minut!” Brzmi pięknie. Tylko że nikt nie dodaje, że te 20 minut najczęściej przypada tuż po kolacji, w chwili największego chaosu, kiedy jedno dziecko ziewa, drugie właśnie przypomniało sobie, że miało zadanie z matmy, trzecie się obraziło, bo ktoś patrzył na nie „za długo”, a czwarte… cóż, czwarte aktualnie siedzi na psie.
A jednak – czytaj. Mimo wszystko. Nawet kilka minut dziennie może mieć ogromne znaczenie. I właśnie w takich chwilach dziecko uczy się, czym naprawdę jest książka – i dlaczego warto czytać. Dlatego jeśli zastanawiasz się, jak zachęcić dziecko do czytania, odpowiedź brzmi: zacznij. Od jednej strony. Dziś.
Czytaj nawet wtedy, gdy sam zasypiasz nad książką szybciej niż Twoje dziecko. Gdy głos Ci się łamie po dziesiątej stronie. Gdy masz wrażenie, że to nie ma sensu, bo dziecko tylko patrzy w sufit albo przerywa pytaniami o rzeczy, których nie rozumiesz i nie masz siły wyjaśniać.
Czytaj. Bo czytanie to coś więcej niż przekazywanie treści. To moment skupienia, bliskości, kontaktu. To sytuacja, w której dziecko widzi: „mama/tata ma dla mnie czas – tylko dla mnie”. A dla dziecka ten czas jest walutą bezcenną.
Nie musisz od razu zaczynać od ambitnej literatury. Nie musisz znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Możesz czytać prostą bajkę o króliku, który zgubił marchewkę, i to też będzie dobrze. Ważne, że jesteś. Że Twoje dziecko kojarzy Twój głos z bezpieczeństwem i spokojem. Że książka nie jest czymś osobnym, ale częścią Waszego wspólnego świata.
I nie daj się złapać w pułapkę perfekcjonizmu. Codzienne czytanie nie oznacza, że musisz za każdym razem robić z tego wydarzenie kulturalne z narracją na poziomie słuchowiska radiowego. Czasem wystarczy usiąść na dywanie, przeczytać dwie strony i zapytać: „To co myślisz o tym bohaterze?”. I tyle.
To właśnie te małe chwile, zbierane dzień po dniu, budują w dziecku nawyk, który zostaje z nim na całe życie. A może nawet więcej – budują więź, która przetrwa czasy, kiedy już nie będzie chciało siadać Ci na kolanach.
Badania naukowe jasno pokazują, że czytanie dziecku od niemowlęctwa wpływa na rozwój językowy, emocjonalny, społeczny, a pewnie i kosmiczny – gdyby tylko naukowcy to zbadali. Ale Ty nie potrzebujesz badań. Wystarczy, że zobaczysz to w oczach dziecka, które mówi: „przeczytaj jeszcze raz”. Nawet jeśli to już dziesiąty raz.
Po prostu czytaj. Nawet wtedy, gdy wszystko inne mówi Ci, że nie masz czasu. Bo to właśnie wtedy ma to największy sens.
6. Książki jako element codzienności
Dzieci uczą się przez naśladowanie. A to oznacza, że nawet najpiękniejsze opowieści o wartości książek nic nie znaczą, jeśli dom świeci pustymi półkami, a jedyny papierowy obiekt w zasięgu wzroku to instrukcja obsługi odkurzacza.
Dlatego – pozwól książkom być. Nie chowaj ich po szufladach. Nie twórz muzeum literatury w zamykanym regale, gdzie dziecko musi najpierw poprosić o klucz, a potem przejść selekcję. Niech książki leżą na stole, parapecie, w łazience, przy łóżku. Niech będą wszędzie, jakby po prostu należały do świata. Bo właśnie wtedy zaczynają działać.
Dom, w którym książka stoi obok kubka z herbatą i misia bez ucha, mówi dziecku: to jest normalne. Książka nie jest reliktem, ani obowiązkiem. Jest jak łyżka – narzędzie, które pomaga coś zrozumieć, poczuć, odkryć. Czasem bywa zabawką, czasem przystankiem przed snem, czasem sposobem na zadanie sobie pytania, którego nikt jeszcze nie zadał.
Ale żeby dziecko w to uwierzyło – musi widzieć Ciebie z książką. Nie tylko wtedy, gdy „masz czas”, bo – bądźmy szczerzy – kto go ma? Czytasz trzy strony, ktoś krzyczy z łazienki, ktoś zrzuca jogurt na dywan, pies zjada zakładkę. Czytasz dalej. Dziecko patrzy. Widzi, że książka nie jest luksusem. Jest częścią dnia.
To szczególnie ważne dla chłopców. Synowie chłoną obraz mężczyzny jak kalka. Jeśli widzą ojca z książką – nawet jeśli to instrukcja montażu mebli – to rejestrują, że mężczyzna może czytać. I że nie musi przy tym wyglądać jak Gandalf. W świecie, w którym chłopcy uczą się, że facet raczej trzyma telefon niż książkę, każdy moment, kiedy widzą tatę z otwartą lekturą, to jak mały akt oporu przeciwko bylejakości.
I jeszcze jedno – szacunek do książki. Dla dorosłego może to detal. Ale dla dziecka to sygnał: czy to coś ważnego, czy można rzucić pod łóżko obok skarpetki? Oczywiście, że książki będą się walać. Ale niech będą odkładane, otulone choć cieniem troski. Nie rzucaj ich na sofę jak paczki z paczkomatu. Nie zostawiaj ich otwartych grzbietem w dół, jakby były tylko przystankiem w Twojej podróży po serial.
Bo dziecko widzi. I chłonie. I buduje swój własny stosunek do słowa, zanim jeszcze samo zacznie je rozumieć.
Książki jako element codzienności to nie dekoracja. To przekaz. Cichy, powtarzalny i skuteczny. Mówisz nim: czytanie jest normalne. A to, w dzisiejszych czasach, bywa bardziej rewolucyjne niż najlepsza aplikacja do nauki alfabetu.
Na koniec – traktuj książki z szacunkiem
Nie chodzi tylko o to, by ich nie zginać, nie rzucać, nie używać jako podstawek pod filiżankę z zimną kawą. Chodzi o coś więcej. Chodzi o sposób, w jaki mówisz do dziecka, gdy bierze książkę do ręki. O to, jak reagujesz, gdy widzisz ją leżącą otwartą na podłodze. O Twoją minę, ton głosu, gest.
Dziecko uczy się, czym jest książka, zanim jeszcze zrozumie, co w niej napisano.
Jeśli widzi, że traktujesz ją jak rzecz – coś, co można pchnąć, odłożyć, zapomnieć – to nauczy się, że to tylko kolejny przedmiot. Ale jeśli zobaczy, że książka ma swoje miejsce, że wracasz do niej, że mówisz o niej jak o kimś znajomym – wtedy pojawia się magia. Bo książka staje się czymś więcej niż papierem. Staje się przestrzenią.
Dla dorosłego to tylko tytuł, może ładna okładka. Dla dziecka – to portal. Brama. Uruchomienie silnika wyobraźni, który pozwala przenieść się gdzieś daleko, z dala od nudy, hałasu, czy nawet smutku. Książka potrafi być ucieczką, schronieniem, lustrem i latarką jednocześnie.
I tak, z biegiem czasu, niektóre z tych książek zostaną na półce już tylko jako wspomnienie. Inne przetrwają pokolenia, z zagiętymi rogami, z odręcznymi podpisami, z plamą po soku malinowym na 47 stronie. Ale najważniejsze zostanie w dziecku – szacunek do słowa. Do myśli. Do historii, które coś w nas poruszają.
Książka to nie tylko przedmiot. To drzwi. A jeśli Ty pokażesz dziecku, jak się je otwiera – być może pewnego dnia przejdzie przez nie samo, nawet gdy Ciebie już nie będzie obok.
A jeśli wciąż masz wątpliwości, jak zachęcić dziecko do czytania, zacznij od prostego gestu: usiądź obok i otwórz książkę. Reszta przyjdzie z czasem.
Rola literatury dziecięcej w edukacji nie ogranicza się wyłącznie do rozwijania emocji czy wyobraźni — książki pełnią również ważną funkcję w przygotowaniu dziecka do nauki szkolnej. Pomagają rozwijać umiejętności językowe, logiczne myślenie, koncentrację, a nawet wytrwałość w dążeniu do celu. Co więcej — czytanie dla przyjemności to nie tylko miła aktywność, ale realny czynnik wpływający na późniejsze sukcesy edukacyjne. W tej części przyglądamy się, jak książki wspierają dziecko na drodze do nauki — jeszcze zanim pojawi się pierwszy podręcznik… i zanim my, dorośli, zdążymy westchnąć nad systemem edukacji.
Czy literatura dziecięca może naprawdę pomóc dziecku w starcie szkolnym? Zdecydowanie tak — jeśli tylko damy jej na to przestrzeń.
3.1. Przygotowanie do nauki szkolnej
Literatura dziecięca odgrywa moim zdaniem kluczową funkcję w przygotowaniu dziecka do edukacji formalnej. Już w przedszkolu kontakt z książkami rozwija słownictwo, rozumienie struktur językowych, pamięć i logiczne myślenie. Badania pokazują, że dzieci, którym regularnie się czyta, lepiej radzą sobie z przyswajaniem informacji, są bardziej skupione i szybciej uczą się czytać i pisać. To nie tylko kwestia poznawcza, ale również emocjonalna: dziecko przyzwyczajone do książek czuje się pewniej w środowisku edukacyjnym — rozpoznaje rytm historii, strukturę wypowiedzi i potrafi słuchać ze zrozumieniem.
To bardzo ważne umiejętności, o których — my, rodzice — często zapominamy. Gonimy za wynikami w pracy, ścigamy się z samymi sobą i tego samego, być może nieświadomie, oczekujemy od naszych dzieci. Od najmłodszych lat porównujemy, zestawiamy, próbujemy wepchnąć je na jakieś wyimaginowane podium. Ale czy nasze dziecko naprawdę jest na to gotowe — i co ważniejsze: czy ono samo tego chce? Czytając książki z dziećmi, pozwólmy sobie zatem na autorefleksję. Może warto czasem zwolnić, odetchnąć, odpocząć.
Każde dziecko rozwija się w swoim tempie. Nie oczekujmy od czteroletniego chłopca tego samego, co od dziewczynki w tym samym wieku. Zanim zaczniemy wymagać, spróbujmy najpierw wspierać. Skupmy się przede wszystkim na dbaniu o higienę emocjonalną, a dopiero później — na konkretnych oczekiwaniach edukacyjnych.
Dzieci powinny mieć przestrzeń do odkrywania własnych pasji i zainteresowań. I właśnie tu rola literatury dziecięcej w edukacji staje się szczególnie ważna — bo książki nie tylko bawią, ale też wprowadzają dziecko w świat pojęć: liczb, kształtów, kolorów, czasu i przestrzeni. Dla jednych dzieci to właśnie pojęcia abstrakcyjne będą najbardziej naturalne, dla innych — zjawiska z najbliższego otoczenia: traktory, samochody, kaczki krzyżówki na stawie. Rodzic często doskonale wie, w jakim „kręgu świata” jego dziecko czuje się swobodnie, a które obszary warto wspierać. Rola literatury dziecięcej w edukacji przedszkolnej polega właśnie na tym — na delikatnym podsuwaniu bodźców, które rozwijają naturalne zainteresowania.
Niektóre książki stają się wręcz pomostem między zabawą a nauką, przygotowując grunt pod przyszłe kompetencje szkolne. A wszystko to może dziać się bez presji — w rytmie dziecka, przez zabawę, opowieść i ciekawość.
Książki, które pomagają dziecku uczyć się bez presji – przez ciekawość, zabawę i bliskość.
Książki rozwijające kompetencje poznawcze i językowe u przedszkolaków (3-6 lat)
Ulica Czereśniowa (seria) – Rotraut Susanne Berner
Seria książek bez słów, która opowiada historię przez obraz. Rozwija słownictwo, koncentrację i spostrzegawczość. Idealna do wspólnego snucia opowieści, zadawania pytań i budowania narracji.
Pucio mówi pierwsze słowa – Marta Galewska-Kustra
Bestseller wśród książek wspierających rozwój mowy i rozumienia. Uczy słów, ale także logicznego ciągu zdarzeń i reagowania na pytania – świetna podstawa do dalszej nauki.
Z muchą na luzie ćwiczymy buzie – Marta Galewska-Kustra
Zabawy logopedyczne w formie rymowanej książeczki. Rozwija aparat mowy, koncentrację i… poczucie humoru!
Kicia Kocia w przedszkolu – Anita Głowińska
Krótkie, realistyczne historie, które pomagają dzieciom oswoić nowe sytuacje i zrozumieć codzienność edukacyjną.
Dobrze dobrane książki mogą być dla dziecka pierwszym podręcznikiem — tylko że bez ocen, sprawdzianów i pośpiechu. Dają wiedzę, ale przede wszystkim pokazują, że uczenie się może być przyjemnością.
Skoro wiemy już, jak literatura dziecięca wspiera gotowość szkolną, czas przyjrzeć się jeszcze jednej, często niedocenianej sile książek — czytaniu dla przyjemności. To ono sprawia, że dziecko chce sięgać po kolejne historie, uczy się wytrwałości, rozumienia i samodzielnego myślenia. A wszystko to bez przymusu.
3.2. Czytanie dla przyjemności = większa motywacja do nauki
Jednym z najczęściej pomijanych, a zarazem najważniejszych elementów edukacji dziecięcej jest… przyjemność. Czy jako rodzice jesteście w stanie odpowiedzieć na pytanie: co sprawia waszym dzieciom największą radość? Nie są to wcale najnowsze zabawki czy gry komputerowe. Moim zdaniem — oraz na podstawie obserwacji własnych dzieci — największą przyjemność odczuwają dzieci, z którymi rodzice naprawdę spędzają czas. Zobaczcie, jak się cieszą, gdy wracacie z pracy, jak mocno się angażują, gdy się z nimi bawicie – i wreszcie: jak bardzo się wyciszają, kiedy zaczynacie im czytać.
Może brzmi to niewinnie, może nawet zbyt lekko — a jednak czytanie dla przyjemności może w największym stopniu zadecydować o nastawieniu dziecka do nauki. Badania (m.in. raporty PISA i OECD) pokazują, że dzieci, które czytają z własnej woli, osiągają lepsze wyniki nie tylko z języka, ale także z matematyki i przedmiotów przyrodniczych. I nie chodzi tu o „przerobione lektury”, lecz o swobodny, domowy kontakt z książką – bez oceniania, bez obowiązku, bez presji.
Moje córki od jakiegoś czasu same sięgają po książki. Czasami muszę je stopować, bo zaszywają się w swoich kącikach i nie ma ich dla nikogo poza literaturą. A mają dopiero 8 i 9 lat. To jest właśnie moc przyjemności płynącej z czytania.
Rola literatury dziecięcej w edukacji polega również na tym, że potrafi zainteresować, rozbudzić ciekawość i wciągnąć dziecko w świat słów i znaczeń. A stąd już tylko krok do głębszego rozumienia treści, analizy, wnioskowania czy samodzielnego myślenia — czyli do kompetencji absolutnie kluczowych w procesie uczenia się.
Dziecko, które z radością sięga po książki, uczy się konsekwencji, cierpliwości, wytrwałości. Uczy się, że warto poznawać świat — nie dlatego, że „trzeba”, ale dlatego, że to daje radość i satysfakcję.
Warto też pamiętać, że dziecko, które nie czyta dla przyjemności, raczej nie będzie czytać „bo musi”. A jeśli nawet będzie — to z niechęcią. Dlatego zamiast wymuszać czytanie z listy, lepiej postawić na wybór: pozwolić dziecku znaleźć to, co go porusza, rozbawia, wciąga. Kiedy dziecko czyta z własnej potrzeby, rozwija się szybciej — i głębiej.
Przyjemność z czytania to nie dodatek do edukacji – to jej fundament. Bo kiedy dziecko sięga po książkę z własnej woli, sięga po coś znacznie większego niż tylko słowa.
Książki, które dzieci czytają z radością – bo nikt nie musi ich do tego namawiać.
Książki, które dzieci czytają dla przyjemności
Historie, które dzieci po prostu chcą czytać – same, z rodzicem, po raz piąty
Krowa Matylda – Alexander Steffensmeier
Przezabawna bohaterka, codzienne perypetie i świetne ilustracje. Idealna dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Humor sytuacyjny, mało tekstu – dużo śmiechu.
Skarpetki – Justyna Bednarek, ilustracje Daniel de Latour
Opowieści o skarpetkach, które uciekły spod pralki i wyruszyły w świat. Niesamowicie kreatywne, śmieszne i mądre – dzieci je chłoną, a rodzice… wciągają się razem z nimi.
Basia – Zofia Stanecka, Marianna Oklejak
Codzienność widziana oczami kilkulatki – śmieszna, czasem wzruszająca, zawsze bliska. Idealna do wspólnego czytania, ale wiele dzieci (ok. 5+) zaczytuje się w Basi także samodzielnie.
Kocia Szajka – Agata Romaniuk
Kryminał w świecie kotów? Tak! Wciągająca fabuła, cudowne postacie i język, który rozkochuje młodszych czytelników. Dzieci pokochają — a rodzice też będą się bawić.
Czytanie dla przyjemności uczy, rozwija i bawi — ale literatura dziecięca ma jeszcze jedną ważną moc: pokazuje różnorodność świata. W kolejnej części przyjrzymy się temu, jak książki kształtują kompetencje kulturowe dziecka, uczą otwartości i pomagają zrozumieć innych.
3.3. Rozwój kompetencji kulturowych
Jako dorośli możemy się zżymać, kręcić nosem, ironizować… ale prawda jest taka, że wciąż głęboko w nas zakorzeniony jest lęk przed innością. Nie zawsze uświadomiony, nie zawsze nazwany, ale obecny. Może to cecha narodowa, może pokoleniowa, a może po prostu kulturowe dziedzictwo oparte na przekazie „lepiej nie ufać temu, co inne”.
W różnych okresach wyglądało to inaczej. W dzieciństwie straszono mnie czarną wołgą. W szkole wyśmiewano dzieci z rudymi włosami, dzieci piszące lewą ręką. Dziś te lęki zmieniły formę: boimy się tego, co nie mieści się w naszym schemacie — wyznań, narodowości, orientacji, poglądów. I, co najtrudniejsze do przyjęcia: często to my, dorośli, jesteśmy tymi, którzy zaszczepiają lęk dzieciom.
Pamiętam sytuację z jednej z bibliotek. Bibliotekarka pokazała mi nowość: antologię opowiadań „Zagadki babci”, książkę z tekstami wybitnych autorów literatury dziecięcej. Spojrzała na mnie z lekkim zakłopotaniem: „Nie wiem, co z nią zrobić, bo jedno z opowiadań jest o babci, która zakochała się w… innej babci”. Nie zastanawiałem się długo — zabrałem książkę „na testy”. To była świetna decyzja. Odmienność została tam przedstawiona w sposób subtelny, ciepły, delikatny. Moim dzieciom bardzo się podobała. A dla nas, dorosłych, płynie z niej jeden przekaz: bądźmy jak dzieci. Otwórzmy się na świat.
Bo przecież to właśnie jest rola literatury dziecięcej w edukacji: oswajać rzeczywistość.
Literatura dziecięca, szczególnie ta o różnorodnej tematyce kulturowej, pozwala najmłodszym odkrywać inne tradycje, wartości i sposoby życia. Wspiera ich rozwój jako otwartych, empatycznych obywateli globalnych. Kiedy dziecko sięga po książkę, której akcja toczy się w innym kraju, wśród bohaterów o odmiennym wyglądzie, religii czy stylu życia, uczy się, że świat nie kończy się na jego podwórku. Zaczyna rozumieć, że różnorodność to nie zagrożenie — to bogactwo.
To właśnie jedna z największych wartości, jaką może wnieść książka: otwiera oczy na świat. Książki o migracjach, niepełnosprawności, inności, tożsamości i kulturach to doskonałe preteksty do rozmowy — o świecie, ale też o nas samych. O naszych uprzedzeniach, lękach, potrzebie przynależności i akceptacji.
Dziecko, które poznaje historię bohatera mówiącego innym językiem, noszącego inną fryzurę, wierzącego w coś innego, albo czującego się „niewidzialnym” — nie tylko dowiaduje się czegoś o świecie. Uczy się wchodzić w czyjeś buty. A to jest fundament empatii.
Nie bez powodu mówi się dziś o kompetencjach przyszłości. Jedną z nich jest właśnie umiejętność współpracy w różnorodnym świecie, zrozumienie globalnych problemów i gotowość do rozmowy bez przemocy. Tego nie nauczymy suchą definicją. Ale możemy dać dziecku książkę. I to może zmienić wszystko.
Kiedy dziecko uczy się, że świat jest różnorodny — i że to dobrze — rośnie w nim coś więcej niż wiedza. Rośnie człowiek.
Książki, które pokazują, że różnorodność to nie bariera — to wartość.
Książki, które uczą dzieci patrzeć szerzej – z empatią, otwartością i ciekawością świata
„Zagadki babci” – antologia, red. Katarzyna Ryrych, ilustracje: Marta Ignerska
Wyjątkowa antologia opowiadań dla dzieci, napisana przez czołowych współczesnych autorów literatury dziecięcej (m.in. Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Barbara Kosmowska, Paweł Beręsewicz). Historie są subtelne, ciepłe i bardzo różnorodne – znajdziemy tu wątki miłości, przyjaźni, tęsknoty, ale też odmienności, nieoczywistej tożsamości czy relacji międzypokoleniowych. To książka, która może zaskoczyć dorosłych — i poruszyć dzieci. Znakomity pretekst do rozmowy o tym, że „inność” jest częścią życia.
Zagadki babci Sylwia Chutnik, Jędrzejewska-Wróbel Roksana, Grzegorz Kasdepke, Tomasz Samojlik, Zofia Stanecka
Historie są subtelne, ciepłe i bardzo różnorodne – znajdziemy tu wątki miłości, przyjaźni, tęsknoty, ale też odmienności, nieoczywistej tożsamości czy relacji międzypokoleniowych. To książka, która może zaskoczyć dorosłych — i poruszyć dzieci. Znakomity pretekst do rozmowy o tym, że „inność” jest częścią życia.
Widziałem pięknego dzięcioła – Michał Skibiński, ilustracje: Ala Bankroft
Książka oparta na autentycznym zeszycie 8-letniego chłopca z 1939 roku, w którym codziennie zapisywał jedno zdanie. Pozornie prosta, a jednak niesamowicie poruszająca — pokazuje codzienność dziecka w cieniu zbliżającej się wojny. To opowieść o pamięci, stracie, inności i sile słowa. Sprawdza się znakomicie jako pretekst do rozmów o historii, migracjach, tożsamości i emocjach dzieci w zmieniającym się świecie.
Nie lubię książek. Koniec kropka – Emma Perry, Sharon Davey
Świetna do rozbrajania oporu wobec czytania. Dziewczynka odkrywa, że każda książka to inne życie, inne myśli, inna kultura. I że czytanie może być… przyjemnością.
„To MY, dzieci świata” – Eliza Piotrowska
Iga, Gutek i ich pies Globus zabierają małych czytelników w podróż dookoła świata, pokazując, jak żyją dzieci w różnych zakątkach Ziemi – od Skandynawii po Sudan. Ta pełna ciepła i ciekawości książka uczy, że mimo różnic języka, tradycji czy wyglądu, wszystkie dzieci pragną tego samego: radości, miłości i pokoju. Świetna propozycja do rozmów o akceptacji, empatii i otwartości na inność.
Empatia, otwartość i szacunek nie biorą się z nakazów. Biorą się z historii, które poruszają, wyjaśniają i zapraszają do zrozumienia. A książki potrafią to robić najlepiej — jeśli tylko im na to pozwolimy.
4. Wyzwania i przyszłość literatury dziecięcej
Literatura dziecięca przechodzi dziś bardzo dynamiczne przemiany — zarówno w formie, jak i w treści. Z jednej strony mamy dostęp do niezwykle wartościowych, pięknie ilustrowanych książek, które poruszają ważne tematy i realnie wspierają rozwój dziecka. Z drugiej — świat cyfrowy, tempo życia i natłok bodźców stawiają nowe pytania: jaką rolę literatura dziecięca będzie pełnić w przyszłości? I czy jeszcze potrafi konkurować z ekranem, aplikacją, streamingiem?
Czy książka papierowa ma dziś szansę nadal być „miejscem spotkania”? A może to właśnie teraz trzeba ją na nowo zdefiniować — i przypomnieć sobie, dlaczego powstała? W moim odczuciu warto mieć z tyłu głowy jedną, prostą rzecz: wielkie, nieistniejące już cywilizacje zostawiały po sobie ślad najpierw w postaci słowa mówionego, a potem — spisanych opowieści. I to one przetrwały największe zawieruchy historii. Czy horacjańskie Exegi monumentum ma dziś, w epoce cyfryzacji, jeszcze sens? Bez wątpienia. Z tą różnicą, że czytanie może wkrótce stać się umiejętnością elitarną — a na pewno wymagającą intencjonalnego pielęgnowania. Literatura dla dzieci musi nadal otwierać przed nimi świat. Być oknem, lustrem i drzwiami. Mam nadzieję, że komercjalizacja nie zmarnuje potencjału i dorobku wielu pokoleń pisarzy i ilustratorów.
Przyszłość literatury dziecięcej zależy od wielu czynników: od świadomości dorosłych, od odwagi autorów i otwartości wydawców, ale też od tego, czy będziemy gotowi odpuścić sobie edukacyjny „mus” — i przypomnieć, że czytanie to nie tylko obowiązek szkolny. To przede wszystkim doświadczenie relacji, emocji i myślenia. To, co się zmienia, to sposób, w jaki dzieci poznają świat. Ale to, co pozostaje niezmienne, to ich potrzeba sensu, bliskości i zrozumienia.
Historie tworzą mosty – nawet w epoce ekranów.
4.1. Tradycyjne a cyfrowe książki
W dobie dynamicznego rozwoju technologii rosnąca popularność książek cyfrowych rodzi pytania o ich wpływ na dzieci. Jak zauważa Kucirkova (2019), książki cyfrowe mogą mieć zarówno pozytywny, jak i negatywny wpływ na interakcje rodzic–dziecko oraz rozwój kompetencji narracyjnych. Z jednej strony umożliwiają dostęp do szerokiego wachlarza treści, są interaktywne, często atrakcyjne wizualnie, potrafią zaciekawić dziecko i przyciągnąć jego uwagę. Z drugiej — mogą zaburzać koncentrację, osłabiać głębokie przetwarzanie treści, a w dłuższej perspektywie ograniczać kontakt z tradycyjną, linearną narracją.
Nie chodzi o to, by przeciwstawiać papier cyfrowi. Rzecz w tym, by zachować proporcje i intencję. Książki papierowe sprzyjają ciszy, skupieniu, bliskości. Dają przestrzeń do wspólnego rytuału — wertowania, pokazywania palcem, czekania, przewidywania. Książka cyfrowa (np. aplikacja z bajką) może być świetnym narzędziem — jeśli nie zastępuje relacji, tylko ją wspiera. Kluczem, jak zawsze, jest obecność dorosłego.
Warto pamiętać, że dla małych dzieci czytanie to także fizyczne doświadczenie: dotyk stron, zapach papieru, ruch ręki przy przewracaniu kartek. Tego nie da się zastąpić animacją czy dźwiękiem. A jednocześnie — żyjemy w świecie, w którym kontakt z ekranem jest codziennością. Dlatego tak ważne jest, by nie demonizować jednego i nie idealizować drugiego. Zamiast pytania: „co lepsze?” — lepiej zapytać: „kiedy, z kim i w jaki sposób?”
Literatura dziecięca w wersji cyfrowej może inspirować, angażować, rozwijać. Ale nie zastąpi spojrzenia, obecności i głosu rodzica. Dlatego jeśli dziecko ma wybierać między lektorem a Tobą — bądź Ty. Nawet jeśli przeczytasz tylko jedną stronę.
4.2. Globalizacja literatury dziecięcej
„Procesy globalizacyjne przekształcają sposób, w jaki dzieci na całym świecie doświadczają literatury.” — Czabanowska-Wróbel, 2018
Globalizacja literatury dziecięcej otwiera przed młodymi czytelnikami ogromne możliwości — mogą czytać historie z każdego zakątka świata, poznawać obce kultury, style życia i wartości. Japońska estetyka, skandynawski humor, afrykańska symbolika czy południowoamerykańska rytmika języka — to wszystko coraz częściej gości na półkach w polskich księgarniach i bibliotekach. Dzieci uczą się w ten sposób, że literatura to nie tylko opowieści z ich własnego kręgu kulturowego, ale globalna rozmowa o świecie i o człowieku.
Z drugiej strony globalizacja niesie ryzyko pewnej homogenizacji — popularne schematy, formaty i motywy (zwłaszcza w książkach produkowanych masowo) potrafią wypierać literaturę lokalną, zakorzenioną w języku, tradycji i wspólnych kodach kulturowych. Czasem to, co powstaje „dla wszystkich”, okazuje się nie do końca „dla nikogo” — bo gubi to, co specyficzne, osadzone i bliskie. Dlatego tak ważna jest świadoma obecność rodzimej literatury dziecięcej, w której dziecko może rozpoznać swoje miejsce, krajobrazy, emocje i sposób myślenia. Koziołek Matołek, Basia, Kajko i Kokosz — one też opowiadają świat, który warto ocalić.
Nie chodzi o to, by przeciwstawiać „swoje” „obcemu”, ale o równowagę. Dziecko powinno móc zarówno zachwycić się przygodą bohatera z Nowej Zelandii, jak i odnaleźć siebie w cichej historii o mamie, która spóźnia się z pracy i robi naleśniki „trochę nie tak, jak babcia”. Bo literatura — tak ta globalna, jak i lokalna — uczy nie tylko innych, ale też nas samych.
W kontekście globalizacji rola literatury dziecięcej w edukacji polega dziś na czymś więcej niż tylko przekazywaniu treści. To budowanie mostów i jednoczesne pilnowanie korzeni. Bo żeby dziecko mogło pewnie iść w świat, musi wiedzieć, skąd pochodzi jego opowieść.
Zakończenie: Przyszłość książki zaczyna się dziś — w naszych domach
Literatura dziecięca nie jest dodatkiem do edukacji ani formą rozrywki „na przeczekanie”. To przestrzeń rozwoju, bliskości i zrozumienia, której nie zastąpi żaden podręcznik ani ekran. Niezależnie od formy — papierowej, cyfrowej, obrazkowej czy pełnej tekstu — książka pozostaje jednym z najmądrzejszych narzędzi wychowawczych, jakie mamy pod ręką.
To my, dorośli, podejmujemy decyzję: czy książka będzie dla dziecka bramą do świata, czy tylko jeszcze jednym „punktem programu dnia”. Wybór nie musi być idealny. Ale jeśli będzie świadomy i czuły, to już wystarczy, żeby literatura dziecięca nadal miała przyszłość — i była miejscem, gdzie dziecko znajdzie siebie, innych i nadzieję.
Podsumowanie cyklu: od pierwszego słowa po przyszłość opowieści
W czterech części naszego cyklu przyglądaliśmy się pełnemu wymiarowi literatury dziecięcej — nie jako obowiązkowej półki w bibliotece, ale jako żywego, zmieniającego się narzędzia wychowania, edukacji i relacji.
W części 1mówiliśmy o języku, wyobraźni i narracji — o tym, jak książki rozwijają słownictwo, logiczne myślenie i umiejętność opowiadania. W części 2 skupiliśmy się na emocjach i relacjach: jak książki uczą dzieci nazywać uczucia, rozumieć innych i budować więzi z najbliższymi. W części 3 odkryliśmy rolę literatury w przygotowaniu do nauki — nie tylko w sensie „szkolnym”, ale jako motywacji, uważności i kulturowej dojrzałości. I wreszcie w części 4 zadaliśmy pytanie o przyszłość: jak nie zgubić literatury w świecie cyfrowych skrótów i globalnych trendów.
Nie uczymy dzieci czytać po to, by zostały poetami. Uczymy je czytać, by nie dały się oszukać. — Ray Bradbury
Bibliografia
– Młynarczuk-Sokołowska, Anna. (2016). Przygody Innego. Bajki międzykulturowe na rzecz integracji dzieci cudzoziemskich. – Bartosik, M. (2023). Jak rozmawiać z dziećmi o trudnych emocjach. Warszawa: Emocjolandia. – Parry, R. L., & Taylor, L. (2018). Readers in the Round. Literacy, 52(2), 103–110. – Kucirkova, N. (2019). Children’s Reading with Digital Books. Stavanger: University of Stavanger. – Czabanowska-Wróbel, A. (2018). Children’s Literature—Between World and Global Literature. Wielogłos.
W poprzednim artykule przyglądaliśmy się, jak literatura dziecięca wspiera rozwój języka, wyobraźni i narracji. Teraz pora na kolejne, równie istotne obszary: emocje i relacje — to właśnie tam książki o emocjach dla dzieci mają największą moc. Dobrze dobrane książki o emocjach dla dzieci mogą być nie tylko źródłem wiedzy czy rozrywki, ale przede wszystkim przewodnikiem po świecie uczuć i kontaktów międzyludzkich. We współczesnym świecie, zdominowanym przez technologię i bodźce cyfrowe, umiejętność budowania relacji i wyrażania emocji wymaga świadomego wsparcia ze strony rodziców, nauczycieli i otoczenia. Literatura dziecięca staje się tutaj nieocenionym narzędziem — pretekstem do rozmowy, a przede wszystkim impulsem do uruchomienia tych sfer rozwoju, które bywają dziś pomijane lub osłabione.
Literatura dziecięca odgrywa wyjątkową rolę w kształtowaniu kompetencji emocjonalnych i społecznych. Pomaga nazwać to, co trudne, zrozumieć drugiego człowieka, przeżyć sytuacje bezpiecznie „na sucho” i oswoić emocje, które dzieci często przeżywają po raz pierwszy. W tej części przyjrzymy się, jak książki wspierają dzieci w odkrywaniu emocji, rozwijaniu empatii oraz budowaniu więzi z innymi.
2. Wspieranie rozwoju emocjonalnego i społecznego
Literatura dziecięca to nie tylko narzędzie wspierające rozwój językowy — to także czuły przewodnik po świecie emocji i relacji. Dziecko, które regularnie obcuje z książkami, nie tylko wzbogaca swoje słownictwo, ale również uczy się rozpoznawać emocje — zarówno własne, jak i cudze — oraz rozumieć, jak funkcjonują więzi międzyludzkie. Umiejętność nazywania uczuć, radzenia sobie z nimi i dostrzegania ich w innych to fundament zdrowego rozwoju społecznego.
W dobie cyfryzacji, pośpiechu i izolacji społecznej, te kompetencje nie rozwijają się samoistnie. Potrzebują świadomego wsparcia — zarówno ze strony dorosłych, jak i narzędzi, które pobudzają empatię, refleksję i zrozumienie. Literatura dziecięca oferuje takie narzędzia w postaci historii, które poruszają emocje, modelują relacje i pozwalają dziecku doświadczyć złożonych sytuacji w bezpiecznym kontekście literackim.
W tej części artykułu spróbuję przejrzeć się bliżej temu, jak książki pomagają dzieciom na trzech poziomach: – w rozumieniu i przeżywaniu emocji, – w rozwijaniu empatii i zdolności do współodczuwania, – w budowaniu więzi z bliskimi.
2.1. Książki jako przewodnik po emocjach
Książki o emocjach dla dzieci pełnią nieocenioną rolę w odkrywaniu i nazywaniu uczuć przez najmłodszych. Dzięki identyfikacji z bohaterami dziecko może rozpoznać to, co samo czuje, i nazwać emocje, które wcześniej były dla niego trudne do uchwycenia. Wspólna lektura stwarza bezpieczną przestrzeń do rozmowy o uczuciach — zarówno tych codziennych, jak radość, zazdrość czy złość, jak i tych trudniejszych: smutku, samotności, strachu czy poczucia winy.
Uważam, że jako rodzice powinniśmy z wyjątkową higieną emocjonalną podchodzić do tej sfery rozwoju naszych dzieci. W szkole, w przedszkolu, w sklepie – wszędzie widzę dzieci, które z trudem radzą sobie z codziennymi sytuacjami, które dla dorosłych wydają się błahe. Są rozdrażnione, nadwrażliwe, łatwo wytrącają się z równowagi. Dzieci są dziś całkowicie bezbronne wobec świata nastawionego na zysk, wynik i wieczną gotowość.
Musimy nauczyć się mówić „stop” — i nauczyć tego również nasze dzieci. Wiem, że to nie jest łatwe. Przebodźcowanie i wszechobecny wyścig szczurów udzielają się najmłodszym nawet bardziej niż dorosłym. Zwłaszcza, że często to właśnie my, rodzice, nie dajemy im najlepszych wzorców — bo sami jesteśmy przeciążeni, rozproszeni, emocjonalnie nieobecni.
Nie chcę nikogo straszyć, ale jako osoba uważnie śledząca dane i doświadczenia z pracy z dziećmi i młodzieżą, wiem, jak realne i poważne potrafią być skutki zaniedbania emocji. Problemy emocjonalne nastolatków nie są już marginesem — potrafią prowadzić do samookaleczeń, depresji, prób samobójczych. Dlatego tak bardzo wierzę, że musimy dbać nie tylko o edukację dzieci, ale również o ich świat wewnętrzny. Rozwój emocjonalny nie jest mniej ważny — jest równie kluczowy jak wiedza.
Jak zauważa Bartosik (2023), książki mogą być realnym wsparciem w rozmowach o trudnych emocjach i stanach psychicznych, z którymi dzieci często zostają same. Przeżywając historie bohaterów zmagających się z wyzwaniami emocjonalnymi — takimi jak rozwód rodziców, zmiana szkoły, przeprowadzka czy strata pupila — dziecko uczy się, że nie jest samo w swoich odczuciach. Literatura dziecięca nie tylko pomaga nazwać emocje, ale też modeluje sposoby radzenia sobie z nimi: pokazuje, że warto rozmawiać, szukać wsparcia, dać sobie czas i prawo do przeżywania. Wybierając książki o emocjach dla dzieci, warto sięgać po takie, które pozwolą zbudować taką przestrzeń.
„Książki mogą być wsparciem w rozmowach o trudnych uczuciach, takich jak smutek, złość czy strach.” — Bartosik, 2023
Coraz więcej współczesnych książek dla dzieci powstaje we współpracy z psychologami, terapeutami i pedagogami. Dzięki temu są nie tylko atrakcyjne wizualnie, ale też trafnie odpowiadają na rzeczywiste potrzeby emocjonalne dzieci. Nie moralizują, nie upraszczają, nie dają gotowych odpowiedzi. Zamiast tego otwierają przestrzeń — do refleksji, do rozmowy, do czucia. I to właśnie czyni je tak potrzebnymi.
Bo jeśli nauczymy dzieci rozumieć to, co czują, damy im coś więcej niż spokój — damy im poczucie, że nie są w tym same. A kiedy już rozpoznają własne emocje, mogą zacząć rozpoznawać je także u innych. I właśnie wtedy rodzi się empatia. Dobrze dobrane książki o emocjach dla dzieci pomagają nie tylko w nazywaniu uczuć, ale również w rozwijaniu wewnętrznej odporności emocjonalnej.
Książki o emocjach dla dzieci uczą, jak rozpoznawać, nazywać i oswajać własne uczucia.
Przykłady książek pomagających rozmawiać o emocjach
Kolorowy potwór – Anna Llenas (3-6 lat)
To jedna z tych książek, które nie tylko się czyta — je się przeżywa. „Kolorowy potwór” w wersji pop-up to prawdziwa uczta dla zmysłów: razem z dzieckiem możemy pobujać potwora w hamaku, otworzyć pojemniki z emocjami, a nawet… poczuć, jak pada deszcz!
Ta książka nie udaje, że emocje są proste. Ale pokazuje, że można się ich uczyć — wspólnie, spokojnie, z uważnością. Jest zabawna, mądra i niesamowicie pomysłowa. Za każdym razem, gdy do niej wracamy, dzieje się coś ważnego.
Polecam ją każdemu, kto szuka książki, która naprawdę pomaga rozmawiać o emocjach — bez moralizowania, za to z czułością i humorem.
Co robią uczucia? – Tina Oziewicz, ilustracje: Aleksandra Zając (4-8 lat)
Poznajcie je jeszcze bliżej — te małe, śmieszne stworki: pękate, puchate, czasem rozczulające, a czasem… trochę dziwaczne. To właśnie uczucia.
Co robią, kiedy zapada noc? Niektóre po prostu zasypiają — Szczęście śpi spokojnie. Beztroska buja się w hamaku. Ale są i takie emocje, które kręcą się niespokojnie pod kołdrą, bo nie mogą zasnąć. I te, które nie chcą spać wcale, bo mają zbyt wiele do zrobienia.
Każda książeczka skupia się na jednej emocji – zawiera też proste techniki relaksacyjne. Moje dziewczyny bardzo polubiły Gucia, może dlatego, że jest jednorożcem, a może….zachęcam do lektury!
2.2. Nauka empatii i budowanie relacji
Kiedy myślę o tym, jak dzieci uczą się empatii, zawsze wracam do jednej z najważniejszych książek mojego dzieciństwa — „Lew, czarownica i stara szafa” C.S. Lewisa. To nie tylko opowieść o walce dobra ze złem, ale też historia, w której dzieci uczą się współczucia, odpowiedzialności, lojalności, odwagi i zaufania. Przygoda w Narnii to nie bajka bez konsekwencji — każda decyzja bohaterów niesie ze sobą ciężar emocjonalny. To właśnie w takich historiach dzieci zaczynają rozumieć, że poza własnymi uczuciami istnieje także świat emocji innych ludzi.
Literatura dziecięca ma ogromny potencjał w rozwijaniu empatii. Dziecko, które przeżywa historię postaci zupełnie innych niż ono samo — o innym kolorze skóry, w innej sytuacji życiowej, o odmiennych cechach — zaczyna dostrzegać różnorodność emocjonalną i społeczną. Kiedy utożsamia się z bohaterem, który doświadcza niesprawiedliwości, odrzucenia albo radości z niespodziewanego przyjaciela, zaczyna uczyć się wczuwania w innych.
Empatia nie pojawia się samoistnie. Wymaga przestrzeni, spokoju i odpowiednich narzędzi. Książka może być takim narzędziem — bo pozwala nie tylko obserwować czyjeś emocje, ale też je poczuć, przefiltrować przez siebie. Dobra literatura dziecięca nie tłumaczy, czym jest empatia. Ona ją po prostu wywołuje. Czasem dziecko po lekturze mówi: „też tak miałem”, a czasem: „nie wiedziałem, że ktoś może tak się czuć”. Obie reakcje są początkiem czegoś ważnego.
To właśnie dlatego książki o emocjach dla dzieci powinny znaleźć stałe miejsce na półce w każdym domu — nie tylko jako źródło wiedzy, ale jako codzienny język bliskości.
Książki, które uczą empatii i otwartości
„Mój cień jest różowy” – Scott Stuart(4–8 lat)
„Mój cień jest różowy” to pełna czułości i odwagi opowieść o byciu sobą — nawet jeśli to „sobą” nie mieści się w stereotypowych ramach. To historia, która wspiera dzieci w odkrywaniu własnej tożsamości i przypomina dorosłym, że największą siłą rodzicielstwa jest akceptacja. Książka, która wzrusza, daje do myślenia i naprawdę zostaje z czytelnikiem na długo.
„Niebieska niedźwiedzica” – Joanna M. Chmielewska(5–9 lat)
„Niebieska niedźwiedzica” to piękna, poruszająca opowieść o inności, odrzuceniu i tęsknocie za akceptacją. To historia, która uczy, że odmienność może być siłą — jeśli tylko pozwolimy jej rozkwitnąć w przyjaznym otoczeniu. Książka, która dotyka ważnych tematów w sposób subtelny i bardzo bliski dziecięcej wrażliwości.
„Wielka księga supermocy” to kolorowy i inspirujący przegląd dziecięcych talentów — tych oczywistych i tych ukrytych. Książka pomaga dzieciom dostrzec to, co w nich wyjątkowe, i uwierzyć, że każda cecha może stać się supermocą. To wspaniały punkt wyjścia do rozmów o tożsamości, pewności siebie i akceptacji dla różnorodności.
Wspieranie empatii to nie tylko uczenie dzieci, by „były miłe”. To budowanie zdolności do współodczuwania, zauważania emocji innych i reagowania z troską — także wtedy, gdy nie wszystko jest proste i przyjemne. Dzięki książkom dzieci uczą się, że empatia to nie tylko słowo. To działanie. Relacja. Postawa.
W świecie, w którym łatwo jest się zamknąć w bańce własnych przeżyć, literatura dziecięca otwiera okno na innych ludzi. I to właśnie ona — z całą swoją prostotą i siłą — potrafi zrobić miejsce dla drugiego człowieka.
2.3. Budowanie więzi rodzinnych
Wspólne czytanie książek w gronie rodzinnym to coś znacznie więcej niż rozwijanie języka czy zdobywanie wiedzy. To jeden z najprostszych, a zarazem najgłębszych sposobów budowania więzi emocjonalnej między dzieckiem a dorosłym. Wspólna lektura to moment zatrzymania – oderwania się od biegu codziennych spraw, ekranów, pośpiechu i hałasu. To chwila „tu i teraz”, w której dziecko ma nas tylko dla siebie. I my – mamy dziecko tylko dla siebie.
Siadamy razem, otwieramy książkę i zaczynamy czytać. Ale tak naprawdę — zaczynamy być razem. Wtedy nie chodzi wyłącznie o słowa. Liczy się ton głosu, spojrzenie, kontakt wzrokowy, śmiech, zdziwienie, wzruszenie. Czasem wystarczy ilustracja, żeby dziecko opowiedziało coś ważnego. Innym razem historia bohatera pomaga przepracować sytuację, o której nie potrafiło samo zacząć mówić. Książka staje się pomostem między światem wewnętrznym dziecka a uważnością dorosłego.
Wspólne czytanie to także doświadczenie zmysłowe, którego nie zastąpi żaden audiobook, ekran czy sztuczny głos. Choć i u nas czasem słuchamy książek w tej formie — nie mam nic przeciwko — to wiem, że prawdziwa magia wydarza się wtedy, gdy dziecko siedzi na kolanach, czuje nasz oddech, słyszy nasz głos i przewraca z nami kartki. Zmysł dotyku – tak ważny w pierwszych dniach życia – wciąż pozostaje kluczowy w relacji. To nie przypadek, że w szpitalach noworodki kangurowane są przez rodziców – tak samo działa wspólne czytanie. To forma kontaktu, bliskości i bezpieczeństwa. Tylko trochę bardziej pachnąca farbą drukarską.
Badania pokazują, że dzieci, którym regularnie czyta się w domu, mają nie tylko bogatsze słownictwo i lepsze wyniki w nauce, ale także wyższy poziom tzw. bezpiecznego przywiązania. A to przekłada się na ich pewność siebie, lepsze radzenie sobie ze stresem, większą otwartość na relacje i – co najważniejsze – na poczucie, że są kochane i akceptowane bezwarunkowo. Czytanie książek może być też formą wsparcia, gdy nie umiemy znaleźć słów — książka „mówi” wtedy za nas. Czasem lepiej, łagodniej, mądrzej.
Wspólne czytanie może być rytuałem przed snem, poranną rutyną, sposobem na wyciszenie albo powrotem do siebie po trudnym dniu. Może być też przyjemnym nawykiem, który zostaje na lata. Dzieci, które dorastają w domach, gdzie się czyta, często wracają do tego rytuału jako dorośli. Bo dobrze zapamiętali, co znaczy być blisko – naprawdę.
Książki o emocjach dla dzieci pomagają najmłodszym lepiej rozumieć siebie i innych.
Przykłady książek wspierających rozwój emocjonalny i społeczny dziecka
Miłość – Astrid Desbordes, Pauline Martin(3–7 lat)
Prosta, a zarazem głęboka opowieść o bezwarunkowej miłości między dzieckiem a rodzicem. Idealna na wspólne czytanie przed snem — czuła, spokojna i wzruszająca. Daje dziecku to, co najważniejsze: poczucie, że jest kochane zawsze, niezależnie od wszystkiego.
Za dużo marchewek – Katy Hudson(3–6 lat)
Pełna humoru historia o króliku, który zbiera za dużo… wszystkiego. Razem z dzieckiem możecie się pośmiać, a przy okazji porozmawiać o dzieleniu się, przyjaźni i tym, co naprawdę ważne. Lekka, ciepła i bardzo rodzinna.
Basia i Mama w pracy – Zofia Stanecka, Marianna Oklejak(4–8 lat)
Jedna z książek z serii, która idealnie nadaje się do wspólnego czytania i rozmawiania o codzienności. Basia pokazuje świat dziecka takim, jaki jest — z emocjami, pytaniami, frustracjami i bliskością. Czytana wspólnie, otwiera rozmowę o relacjach i czasie spędzanym razem.
Wspólne czytanie to jedna z najprostszych i najskuteczniejszych form budowania relacji z dzieckiem. To czas, w którym liczy się nie tylko tekst, ale obecność, uważność i emocje przeżywane razem. Książki otwierają przestrzeń do rozmowy, pomagają w zrozumieniu siebie nawzajem i pokazują, że każde uczucie ma swoje miejsce. Dzieci zapamiętują te chwile na długo — nie tyle samą treść książki, ile to, że ktoś był przy nich, kiedy ją czytały. To właśnie z tych chwil rodzi się zaufanie, bliskość i poczucie bezpieczeństwa, które zostają z dzieckiem na całe życie.
Książki, które poruszają emocje i relacje, nie tylko wspierają rozwój dziecka, ale przede wszystkim budują przestrzeń do bycia razem — w uważności, bliskości i wzajemnym słuchaniu. Dzięki nim dziecko może lepiej zrozumieć siebie i innych, a dorosły — stać się towarzyszem, który nie tylko wychowuje, ale po prostu jest obok. Warto czytać razem. I warto wiedzieć, że wspólna lektura to nie luksus, tylko fundament.
W kolejnym wpisie przyjrzymy się temu, jak literatura dziecięca wspiera edukację – nie tylko przez rozwijanie języka, ale też przez budowanie motywacji do nauki, uważności i kompetencji potrzebnych w szkole (i poza nią). Zajrzyj, jeśli chcesz wiedzieć, jak książki przygotowują dzieci do szkolnych wyzwań — i dlaczego „czytanie dla przyjemności” to jedna z najlepszych edukacyjnych inwestycji.
W części 1 mówiliśmy o języku, wyobraźni i narracji — o tym, jak książki rozwijają słownictwo, logiczne myślenie i umiejętność opowiadania. W części 2 skupiliśmy się na emocjach i relacjach: jak książki uczą dzieci nazywać uczucia, rozumieć innych i budować więzi z najbliższymi. W części 3 odkryliśmy rolę literatury w przygotowaniu do nauki — nie tylko w sensie „szkolnym”, ale jako motywacji, uważności i kulturowej dojrzałości. I wreszcie w części 4 zadaliśmy pytanie o przyszłość: jak nie zgubić literatury w świecie cyfrowych skrótów i globalnych trendów.
Bibliografia
[Akapit] – Whitehead, M. (2009). Developing Language and Literacy with Young Children. London: Paul Chapman Publishing. – Kostecka, W., Skowera, M. (2017). W kręgu baśni i fantastyki. Warszawa: SBP. – Bartosik, M. (2023). Jak rozmawiać z dziećmi o trudnych emocjach. Warszawa: Emocjolandia. – Parry, R. L., & Taylor, L. (2018). Readers in the Round. Literacy, 52(2), 103–110. – Kucirkova, N. (2019). Children’s Reading with Digital Books. Stavanger: University of Stavanger. – Czabanowska-Wróbel, A. (2018). Children’s Literature—Between World and Global Literature. Wielogłos.
To pytanie pojawia się w mojej głowie za każdym razem, gdy sięgam po tę lekturę z półki – nie z sentymentu, lecz z potrzeby chwili, kiedy przychodzi pora na wieczorne czytanie z moimi dziećmi. Dlaczego?
Koziołek Matołek – niczym Pan Tadeusz – to mała epopeja ponadnarodowa, która przełamuje polskie stereotypy i za każdym razem pozwala odkryć nowe wątki
I mimo że bohater książki Kornela Makuszyńskiego uważany jest powszechnie za postać groteskową, zabawną, nawet nieco nieporadną – ja widzę w nim coś więcej. Mędrca. Przewodnika. Archetypicznego wędrowca, który wyrusza z misją i mimo przeciwności nigdy nie traci ducha.
To jedna z tych książek, które bawią i uczą dzieci oraz ich rodziców.
Od brody do Pacanowa – czyli Koziołek Matołek dla dorosłych
Z perspektywy dorosłego czytelnika Koziołek Matołek przestaje być prostą bajką o naiwnym bohaterze. To dzieło, które – jak przystało na dobrą literaturę – zyskuje głębię wraz z doświadczeniem odbiorcy.
Można czytać je na wiele sposobów: jako komiksową epopeję, refleksję nad sensem dążenia do celu, satyrę na społeczeństwo, a nawet… jako pretekst do rozważań prawnych.
Brzmi zaskakująco? A jednak! Koziołek Matołek – w oczach dorosłego – spotyka na swojej drodze prawo konstytucyjne, niefortunne ustawy, sądy, kary niewspółmierne do winy, przestępczość, problemy migracyjne i transplantologię (!). Uczy o demokracji, interpretacji prawa i skutkach literalnego odczytywania przepisów.
Jak Koziołek Matołek spadł z półki – czyli przewodnik po literaturze dla małych i dużych
Pierwszy kontakt mojej córki z Koziołkiem był… nieco przypadkowy. Możecie mi wierzyć, że przez kilka miesięcy nuciłem najstarszej córce przed snem zmyśloną kołysankę, która liczyła w szczytowych momentach godzinę tekstu wraz z refrenem. Każdego wieczoru od nowa pisałem kołysankę, której domagała się córka.
Zmęczony wieczornym śpiewaniem, postanowiłem zaryzykować z książką – a musicie wiedzieć, że do tej pory wieczorne czytanie nie wchodziło w grę.
Podniosłem się i sięgnąłem z półki Koziołka Matołka z nadzieją, że książka odciąży moje struny głosowe. Obawiałem się wprawdzie, że nieco „diabełkowata” kreska Walentynowicza przestraszy niespełna dwuletnie dziecko. Tymczasem… wydarzyła się magia.
Rymy Makuszyńskiego okazały się wciągające. Emocje były proste, ale silne.
Moja córka płakała nad losem Koziołka, który „nie może ruszyć łapą” – a ja musiałem zmieniać tekst, by nie kończyć wieczoru łzami. Przygody Matołka stały się codziennym rytuałem przez dwa miesiące. Do dziś umiem pierwsze pięć stron na pamięć. Koziołek jeździł z nami w gości i na nocowanie do babci. Bez niego – nie było spania.
Czy Koziołek Matołek nadaje się dla dzieci? Bez dwóch zdań!
To nie jest książka, którą da się zastąpić audiobookiem. Nie zadziała bez ilustracji. Nie przeniesie emocji przez ekran w animacji.
Koziołek Matołek to duet – Makuszyński i Walentynowicz – nierozerwalni jak Lennon i McCartney, Szymborska i Rusinek, dorożka i bruk.
Bez ich współpracy historia traci ducha. Dlatego Koziołka trzeba czytać. Na głos. Wspólnie. Z dziećmi.
W Pacanowie kozy kują… a kaczki też?” – klasyczny humor Koziołka Matołka, który rozbawi każde pokolenie.
Pacanów – cel czy symbol?
Cała historia Koziołka to wielka podróż – i to nie tylko geograficzna. To droga przez absurdy codzienności, która w oczach dzieci nabiera sensu, a dla dorosłych jest zwierciadłem pełnym ironii, dowcipu i aluzji, ale także zbiorem sprytnie wplecionych faktów historycznych.
Przygody w zoo, na Capri, w Ameryce, u sędziów, w wojsku, z czarownicą – każda scena niesie ze sobą nie tylko humor, ale i morał.
Czy dotrze do Pacanowa? A może Pacanów wcale nie istnieje? A może to metafora naszej własnej podróży przez życie – pełnej pomyłek, złych interpretacji, ale i serdeczności, śmiechu, walki z przeciwnościami?
Przy tej okazji pozwolę sobie przytoczyć pewną zabawną sytuację, która miała miejsce w trakcie rozmowy z naprawdę wykształconą osobą. Otóż w trakcie rozmowy pojawiło się nawiązanie do Pacanowa, w którym kozy kują. Gdyby nie fakt, że miałem do czynienia z osobą, która z literaturą jest za pan brat, pewnie nie wpadłbym nawet na pomysł, żeby zapytać, ale zapytałem:
– A pamięta Pani, jak skończyła się podróż Koziołka? Dotarł do Pacanowa? Podkuli go?
I wiecie, jaka była odpowiedź? W sumie to nie wiem, bo nie czytałam do końca. Obawiam się niestety, że osoba nie czytała w ogóle, a jedynie kojarzyła słowa z emitowanej w telewizji kreskówki, ponieważ w przeciwnym razie na pewno nie zapomniałaby o zakończeniu tej historii.
A tak na marginesie – a Wy pamiętacie zakończenie tej historii?
Cudze chwalicie, swego nie znacie…
Współczesne dzieci nie znają już Koziołka tak dobrze, jak znały go wcześniejsze pokolenia. A szkoda. Bo to bohater, który uczy – nie moralizuje. Śmieszy – ale z klasą. I mimo że liczy sobie już ponad 90 lat, nie traci na aktualności.
Ma coś, czego brakuje wielu współczesnym produkcjom: wdzięk i mądrość w lekkiej formie. Po lekturze Koziołka nie sposób nie sięgnąć po rozwinięcie historii, które nosi tytuł Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki.
Dodam jeszcze, że ubolewam nad tym, iż do lamusa trafił także Przyjaciel Wesołego Diabła Makuszyńskiego. To naprawdę przezabawna historia, którą ekranizacja bardzo skrzywdziła.
Na koniec – wezwanie do czytelników
Jeśli nie macie jeszcze Koziołka Matołka w domu – kupcie. Pożyczcie. Odwiedźcie bibliotekę. Czytajcie z dziećmi. Czytajcie sami. A może warto wybrać się w podróż…śladami koziołka…do Pacanowa!
Niech ta książka znowu stanie się tym, czym była przez dekady: mostem między pokoleniami, wehikułem dzieciństwa, zaproszeniem do śmiechu i refleksji.
Jak pomóc dziecku nauczyć się czytać – ojciec, który umiał czekać
Jak pomóc dziecku nauczyć się czytać? To pytanie zadałem sobie po raz pierwszy, gdy usłyszałem słowa: „Tata, a co tu jest napisane?” Poczułem, że oto nadszedł czas. Nie, nie czas, by zostać nauczycielem. Czas, by udawać, że wiem, co robię. Bo ucząc dziecko czytać, potrzebujesz jednego: cierpliwości większej niż ta, którą masz, stojąc w kolejce w urzędzie z numerkiem 453.
Wielu z nas, rodziców, spodziewa się – a może nawet oczekuje – że czytanie jest w zasadzie tak naturalne jak mówienie i nie powinno sprawiać większych problemów. Niestety, dość szybko okazuje się, że z tym czytaniem wcale nie jest tak łatwo. Żebyście, drodzy rodzice, mieli świadomość, z czym się mierzycie, proponuję, abyście zapoznali się z definicją czytania, którą opracowała prof. dr hab. Grażyna Krasowicz-Kupis:
„Czytanie, jako odbiór tekstu pisanego, stanowi złożony proces psycholingwistyczny, oparty na dekodowaniu tekstu oraz na interpretowaniu jego treści. Wymaga to od czytającego sprawności językowej na poziomie fonologicznym, morfologicznym, syntaktycznym, semantycznym oraz sprawności poznawczych – głównie w zakresie percepcji wzrokowej, słuchowej, procesów pamięciowych oraz dokonywania operacji umysłowych na poziomie myślenia pojęciowego.”
Krasowicz-Kupis G. (1999). Rozwój metajęzykowy a osiągnięcia w czytaniu u dzieci 6–9 letnich. s. 19
Rozpoczynanie nauki czytania w rodzinie może być nie tyle procesem dydaktycznym, ile relacyjnym. Znaczenie bliskości emocjonalnej i cierpliwości opiekuna – szczególnie ojca – staje się tu kluczowe. Jak pokazują badania z zakresu psychologii rodziny, obecność i zaangażowanie ojców w proces wychowawczy znacząco wpływają na dobrostan dziecka oraz jego rozwój poznawczy, emocjonalny i społeczny.
Jak pomóc dziecku nauczyć się czytać? Czasami wystarczy inspirująca książka i odrobina wsparcia.
Krok 1: Zapomnij, że jesteś nauczycielem
Wspierając dziecko w nauce czytania, dorosły powinien porzucić rolę egzaminatora na rzecz bycia towarzyszem. Krystyna Sochacka w swoich badaniach wskazuje, że proces nabywania umiejętności czytania jest wyjątkowo zindywidualizowany i zależny od wielu czynników, w tym poziomu rozwoju umysłowego, funkcji językowych i emocjonalnych.
Dzieci rozwijają umiejętność czytania w różnym tempie – zarówno cztero-, jak i siedmiolatki mogą znajdować się na zupełnie odmiennych etapach przyswajania tekstu. Badaczka zwraca również uwagę na szybko narastające zjawisko trudności w opanowywaniu czytania przez dzieci, którego konsekwencje są długofalowe i rzutują na karierę edukacyjną, zawodową oraz ogólne poczucie satysfakcji życiowej.
Krok 2: Bądź tatą, nie egzaminatorem
W Polsce pogłębia się również zjawisko analfabetyzmu funkcjonalnego, polegającego na zaprzestaniu czytania zarówno książek, jak i prasy. Tymczasem zabawa, śmiech i pozytywne emocje w kontekście nauki znacząco wspomagają zapamiętywanie.
Jak wykazano w projekcie „Skuteczne zdziwienie”, stymulowanie dziecięcej ciekawości i zaangażowania emocjonalnego prowadzi do zwiększenia motywacji oraz skuteczniejszego przyswajania umiejętności czytania. Monika Wiśniewska-Kin, autorka projektu, podkreśla, jak ważne jest rozwijanie uczenia się przez mówienie, działanie i aktywności o charakterze percepcyjnym. Warto więc zamienić presję na współuczestnictwo i radość.
Krok 3: Litery są wszędzie. Ty też bądź.
Warto odnieść się także do koncepcji pedagogiki włączającej, która – choć pierwotnie dotyczy dzieci ze specjalnymi potrzebami – z powodzeniem może być stosowana również w odniesieniu do dzieci rozwijających się typowo.
W omawianej szczegółowo przez Iwonę Chrzanowską i Grzegorza Szumskiego koncepcji autorzy podkreślają znaczenie codziennych, dostępnych doświadczeń edukacyjnych jako fundamentu dla rozwoju kluczowych kompetencji.
Nauka czytania z opakowań, znaków drogowych czy menu w restauracji to nie tylko zabawa, ale również skuteczna forma immersji w świat liter. Czytanie jako czynność poznawcza może być z powodzeniem rozwijane w naturalnym środowisku dziecka.
Z doświadczenia, które zdobyłem, obserwując proces nauki czytania u własnych dzieci, dodam tylko, że każdy spacer ulicami miasta był dla nich niemal wyprawą na Księżyc – czytały wszystko, nie potrafiły tego zatrzymać i po kilkunastu minutach były wykończone.
Krok 4: Książka nie gryzie. Tata też nie powinien.
Pozwolenie dziecku na autonomiczny wybór książek – nawet tych powtarzanych w nieskończoność – ma silne podstawy psychologiczne. Preferencje czytelnicze budują emocjonalną więź z tekstem oraz poczucie sprawczości.
Sochacka zauważa, że rozumienie tekstu i emocjonalne zaangażowanie są równie ważne, jak sam mechanizm dekodowania słów. W przypadku moich córek wielokrotne czytanie miało swoje plusy dodatnie i plusy ujemne.
Wadą było to, że nie wchodziłyśmy w nowe obrazy, nowych autorów i postaci. Po miesięcznym maratonie z jedną pozycją, książki wyglądały, jakby same chciały już wrócić na półkę – w naszym przypadku był to „Koziołek Matołek” oraz „Psierociniec”.
Zaletą tego systemu było to, że dziewczyny zaczynały kojarzyć słowa, z czasem prosiły, żebym pokazywał palcem, w którym miejscu czytam. Działały wszystkie zmysły i bez wątpienia był to etap, który bardzo przysłużył się nauce czytania.
Krok 5: Czas i powtarzalność – święta dwójca
Uczenie się czytania wymaga nie tylko czasu, ale i powtarzalności. To właśnie regularna ekspozycja na tekst oraz cierpliwe powracanie do znanych słów wspomaga utrwalanie wiedzy i rozwój strategii czytelniczych.
W badaniach Wiśniewskiej-Kin podkreślono również rolę środowiska edukacyjnego, które wspiera stopniowe nabywanie umiejętności poprzez działania interwencyjne i zabawowe.
Po staroświecku uważam, że czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła – Wisława Szymborska
Tygodnik Powszechny nr 49/2015
Epilog: Czy naprawdę chodzi o czytanie?
Z punktu widzenia psychologii rozwojowej, najważniejsze jest nie tyle opanowanie techniki czytania, ile relacja z osobą wspierającą ten proces.
zauważają Kaźmierczak i współautorki, fundamentem zdrowego rozwoju dziecka jest emocjonalna dostępność rodziców i poczucie bezpieczeństwa w relacji z nimi.
Dlatego być może największym sukcesem nie będzie moment, gdy dziecko przeczyta pierwsze zdanie, lecz ten, w którym zapamięta wspólne chwile spędzone z rodzicem nad książką
Pozytywne budowanie więzi będzie z całą pewnością owocować w przyszłych relacjach – zarówno wobec rodzica, jak i wobec książek.
Bibliografia
Chrzanowska, I., Szumski, G. (red.) (2019). Edukacja włączająca w przedszkolu i szkole. Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji.
Sochacka, K. (2004). Rozwój umiejętności czytania. Białystok: Trans Humana.