Czytając dzieci, czytając system

Refleksja o edukacji, rodzicach i książkach (które nie krzyczą)

Jaką dobrą książkę ostatnio przeczytałeś ze swoimi dziećmi?
Pytam zupełnie poważnie — nie z pozycji recenzenta literatury dziecięcej, ale rodzica, który wierzy, że czytanie dzieciom może być jednym z najskuteczniejszych sposobów na budowanie relacji i rozumienie świata edukacji.

Rozmowy o edukacji — co myślą rodzice dzieci wczesnoszkolnych

W kręgu znajomych, z którymi spotykamy się w miarę regularnie, większość ma dzieci w wieku wczesnoszkolnym lub nieco starsze. Nic więc dziwnego, że rozmowy często schodzą na tematy związane z edukacją naszych pociech.

Przy takich okazjach nie brakuje głosów krytyki wobec systemu kształcenia. Niestety, większość tych opinii nie zostawia suchej nitki ani na rozwiązaniach systemowych, ani na nauczycielach, którzy — zdaniem krytyków — albo wymagają zbyt wiele, albo nie wymagają niczego, kierując się być może ideą szkoły bez stresu.

Czy system edukacji naprawdę zawodzi? A może to my?

Równocześnie pojawiają się jednak głosy o alternatywnych rozwiązaniach, takich jak szkoła w chmurze, mikro szkoły i inne oddolne inicjatywy, które próbują modernizować, a może wręcz uzdrawiać rzekomo chory system edukacji.

Ale… czy to rzeczywiście system jest chory, czy raczej sposób, w jaki go odbieramy?

Głos nauczycieli

Od jednej z zaprzyjaźnionych nauczycielek usłyszałem ostatnio, że ma dość pracy w szkole — co mnie zaskoczyło, bo przez ostatnie kilka lat wypowiadała się o swojej pracy niemal wyłącznie w superlatywach.

Zapytałem więc, co się zmieniło.
Dotychczas słyszałem, że największym problemem nauczycieli są tzw. „trudni uczniowie” i ograniczone możliwości wpływania na ich zachowanie. Tymczasem ona nie powiedziała ani jednego złego słowa o uczniach.

Powiedziała natomiast, że ma dość… rodziców.

Mam ochotę zapytać: czy to system zawiódł nauczycieli, czy może to rodzice zawiedli system?

A może — i to już wersja dla miłośników teorii spiskowych z domieszką kafkowskiej beznadziei — wszyscy uczestniczymy w grze pozorów, udając, że wiemy, o co chodzi, choć nikt nie odważy się przyznać, że mapa, według której podróżujemy, została narysowana przez ślepego kartografa?

Nadinterpretacja Konstytucji?

Zresztą, może problem leży właśnie w tym, że… rodzice czytają Konstytucję zbyt dosłownie?
Skoro bowiem rodzice mają prawny obowiązek zapewnienia dziecku edukacji, a nieprzestrzeganie tego może prowadzić do interwencji sądu rodzinnego — zgodnie z prawem oświatowym (Dz.U. 2017 poz. 59) — to może niektórzy wzięli to sobie tak bardzo do serca, że dziś czują się nie tylko odpowiedzialni za naukę, ale także za:

  • ocenianie nauczycieli
  • układanie podstawy programowej
  • drobne złośliwości w wiadomościach przez Librusa

Czytanie dzieciom zamiast reform — najprostsze rozwiązanie

Nie poprawimy efektywności energetycznej budynku remontując komin.

W moim odczuciu można zacząć znacznie prościej.
Bez skomplikowanej reformy systemu.
Bez petycji.
Bez TED Talka.

Od czytania dzieciom. I wspólnego czytania z nimi.
Nie chodzi mi jednak o czytanie „na spanie”!
Sugeruję raczej taki sposób obcowania z literaturą, by zaczęła ona wykraczać poza ramy okładki.

5 powodów, dla których wspólne czytanie książek z dziećmi zmienia wszystko

1. Czytanie zbliża cię fizycznie do twojego dziecka

W dobie cyfryzacji i powszechnego dostępu do różnych urządzeń, które — w mojej ocenie — zostały stworzone po to, żeby odciągnąć dzieci od rodziców, wspólne czytanie książek działa jak lep na muchy.

Wiem, że czasem chcielibyśmy odpocząć, zmarnować kilka godzin w smartfonach, przeczesać media społecznościowe, zajrzeć na blog tataczyta.com.
Naprawdę to wszystko rozumiem.

Spróbujcie jednak wydzielić ten czas, tak jak próbujecie dawkować dzieciom telewizję, słodycze i inne rzeczy. A kiedy już będziecie gotowi — bez żadnego przymusu — zawołajcie swoje dzieci na kolana. Po to je macie!

Razem czytajcie, oglądajcie ilustracje.
Pozwólcie sobie na bliskość, póki nie jest za późno.
Zobaczycie, jak wspaniała więź powstanie między wami.
Owoce tej relacji będą wam smakowały za kilka lat — ale nie sądzę, by były cierpkie.

2. Czytanie motywuje cię, żeby być interesującym

Mam świadomość, że wielu rodziców traktuje czytanie dzieciom jako pewną formę powinności. A jeśli robimy coś w duchu przymusu, to niestety — efekty mogą być mizerne.

W Massachusetts wprowadzono w roku 1642 przepis prawny nakazujący głowie rodziny naukę czytania (…).

Wychowanie religijne w purytańskich rodzinach Nowej Anglii
– Piotr Stawiński, Forum Pedagogiczne 2016/2, cz. 2

Na szczęście dziś żyjemy w zupełnie innych realiach i czytanie możemy traktować jako przyjemność — zarówno dla rodziców, jak i dla dzieci.

Żeby jednak osiągnąć zamierzone cele, powinniśmy jako rodzice czuć się jak najlepsi trenerzy personalni dla swoich dzieci. Jeśli będziecie czytać monotonnym głosem, to jest więcej niż pewne, że wasze dziecko zaśnie.
Pozwólcie sobie na odrobinę szaleństwa: zmieniajcie tembr, tempo, pokazujcie emocje.
W ten sposób pomożecie dzieciom być szczerymi w kwestii własnych uczuć.

3. Wspólne czytanie pozwala ci obserwować i cieszyć się swoimi dziećmi

Kiedy czytam, lubię obserwować reakcję moich dzieci na historię.
Wiem, kiedy są skoncentrowane, kiedy się zastanawiają, martwią losem bohatera.

Mamy na koncie książki, których nie skończyliśmy — bo nie daliśmy rady przebrnąć przez sferę emocji.
To bardzo cenna wiedza dla mnie jako rodzica o tym, jak lepiej przekazywać im ważne wartości i nauki.

Kolaż okładek książek dla dzieci wspierających czytanie dzieciom: „Kicia Kocia w przedszkolu”, „Zagadki babci”, „To my, dzieci świata”, „Kryjówka krowy Matyldy”, „Supermoce”
Czytanie dzieciom to coś więcej niż wspólna chwila — to decyzja, które książki budują dziecięcy świat.

4. Podczas czytania możesz zadawać pytania

W trakcie czytania budujemy wyjątkową przestrzeń do zadawania pytań.

„Co to znaczy?”
„Dlaczego myślisz, że on tak zrobił?”
„Co ty byś zrobił na jego miejscu?”

To świetna okazja, by lepiej poznać swoje dziecko, przekazać mu swoje wartości i ocenić jego zrozumienie oraz dojrzałość umysłową.
To również moment, w którym ono może zadawać pytania nam — dorosłym.

5. Wzajemne uczenie się

Moje najstarsze córki czytają już samodzielnie.
Nie mam na myśli prostych historii dla najmłodszych, ale książki z prawdziwą fabułą.
Widzę, że są momenty, kiedy nie potrafią się oderwać od lektury.

Czasami zaczynają mi opowiadać lub pytać o nierzadko trudne kwestie, z którymi zetknęły się w trakcie lektury.Dla mnie to źródło wielkiej radości.
Wiem, że książki są dla nich poligonem doświadczalnym emocji, z którymi zetkną się lub już stykają w prawdziwym świecie.

Zamiast kolejnego raportu…

Więc może to właśnie tu tkwi cały sens?
Zamiast kolejnego raportu o reformie edukacji, kolejnego webinaru o wypaleniu nauczycieli i rodziców — wystarczy wieczór, książka i dziecko, które chce wiedzieć, co było dalej.

Bo może to nie system wymaga naprawy.
Może wystarczy, że zaczniemy częściej czytać – nie tylko dzieciom, ale i samym sobie.

Napiszcie w komentarzach, jaką dzisiaj opowieść przeczytaliście swoim dzieciom!

Wczesne ojcostwo: strategie adaptacyjne, wsparcie ojców

Wczesne ojcostwo to czas intensywnych wyzwań i przemian – nie tylko w codziennej organizacji życia rodzinnego, lecz także w sposobie myślenia o sobie i swojej roli. Każdy tata inaczej adaptuje się do nowej rzeczywistości: jedni przejmują codzienne obowiązki, inni chcą być „obrońcami” i rozładowywać napięcia, jeszcze inni starają się łączyć życie zawodowe i rodzinne w harmonijny sposób.

W tym artykule chcę opowiedzieć o strategiach adaptacyjnych ojców, pokazać, jak wsparcie systemowe – zarówno ze strony personelu medycznego, jak i instytucji – może zdziałać cuda, a także dlaczego wspólne czytanie od pierwszych dni życia dziecka stało się dla mnie kluczowym elementem budowania więzi.

Z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo pierwsze miesiące po narodzinach dziecka potrafią wywrócić cały świat do góry nogami. Warto jednak pamiętać, że nawet drobne gesty i świadome decyzje mogą sprawić, że przeżyjemy ten czas w poczuciu autentycznego spełnienia i bliskości z dzieckiem.

Strategie adaptacyjne ojców

Uległość i wsparcie

Wielu mężczyzn – i ja sam byłem w tej grupie na początku – skupia się głównie na „pomaganiu” partnerce. Przejmujemy część domowych obowiązków i uważamy, że to w zupełności wystarczy. Czy jednak rzeczywiście czujemy się wtedy spełnieni w nowej roli? Jak słusznie zauważa Tina Miller (2011), taka postawa, choć niezbędna i naturalna, może niekiedy prowadzić do pewnego poczucia niespełnienia – ponieważ czujemy, że robimy jedynie minimum, a rola ojca powinna być w naszym odczuciu czymś więcej niż tylko „asystą”.

Z własnej perspektywy mogę powiedzieć, że ten etap był dla mnie bardzo ważny, bo nauczył mnie organizacji i planowania dnia, który zaczyna się z reguły bardzo wcześnie i pulsuje w rytmie trzech serc: mamy-żony, dziecka i taty. Zrozumiałem także, że samo wyręczanie w codziennych obowiązkach nie czyni mnie prawdziwym partnerem. Partnerstwo to także umiejętność rozmawiania o potrzebach każdej ze stron i wspólne poszukiwanie rozwiązań, które pozwalają zyskać satysfakcję obojgu rodzicom.

Nie jesteśmy w stanie w pełni wyręczyć żony we wszystkich zajęciach, które dotychczas były ich codziennością. Jeśli Wasza żona lub partnerka, ma ochotę wyjść z psem na spacer, to nie wmawiajcie jej, że jest brzydka pogoda i że wy to zrobicie. Pewne przeprogramowanie codzienności jest konieczne, ale nie może się kończyć odbieraniem którejś ze stron ukształtowanej wcześniej przestrzeni i niezależności.

Rola „obrońcy”

Jest także pewna grupa ojców, która mocno identyfikuje się z rolą „obrońcy rodziny”. Ja także miałem w sobie silne przekonanie, że moim zadaniem jest ochronić żonę i dziecko przed wszelkimi możliwymi zagrożeniami czy stresami. Wielokrotnie tłumiłem własne emocje, byle tylko nie dokładać jej zmartwień, by mogła spokojnie realizować swoje macierzyństwo. Celowo podkreśliłem słowo swoje, by dać wam do zrozumienia, że w ten sposób prowadzimy do tłumienia naszego ojcostwa.

Z czasem zrozumiałem, że takie postępowanie może przynieść odwrotny skutek: ukrywając zmęczenie czy niepokój, odcinałem się od realnego wsparcia, którego mogłem też potrzebować – wbrew pozorom nie jesteśmy ze stali! Ta lekcja nauczyła mnie jednego: warto dbać nie tylko o spokój partnerki, ale i o własną kondycję psychiczną. Rozmowa z przyjaciółmi, innymi ojcami, a w razie konieczności także z terapeutą to wspaniały sposób na uporządkowanie emocji, by w dłuższej perspektywie móc być faktycznym filarem dla rodziny.

Ojcostwo to taki stan ducha, kiedy nawet barbarzyńca staje się delikatny i wyrozumiały
Ojcostwo to nie tylko spacery – to także wspólne odkrywanie książek i budowanie więzi poprzez czytanie.

Dążenie do równowagi

Trzeci styl, który obecnie staram się praktykować, to łączenie życia zawodowego i rodzinnego w sposób bardziej świadomy. Wielu ojców wybiera elastyczne rozwiązania w pracy, takie jak redukcja etatu, praca zdalna czy czasowa rezygnacja z części dochodów na rzecz spędzania większej ilości czasu z dzieckiem.

W moim przypadku oznaczało to przejście na system pracy hybrydowej i stopniowe rozwijanie własnej działalności. Każda rodzina ma jednak swoją specyfikę, dlatego zachęcam do rzetelnej analizy możliwości i potrzeb. Nawet drobna zmiana – np. ustalenie jednego dnia w tygodniu, kiedy tata wcześniej kończy pracę – może mieć duże znaczenie dla budowania relacji z dzieckiem. Czasami warto porozmawiać z pracodawcą o swoich potrzebach.

Może się okazać, że uzyskamy zgodę, by pracować na przykład godzinę dłużej na rzecz jednego dnia wolnego w tygodniu. Rozmawiałem kiedyś z kolegą, którego szef zgodził się na takie rozwiązanie. Okazało się, że ta dodatkowa godzina w pracy miała jeszcze jedną korzyść – powrót do domu odbywał się poza godzinami szczytu powrotów, więc zamiast tracić czas na dojazd, kolega wykorzystywał go efektywnie w pracy. Do domu wracał 20 minut później niż miało to miejsce w normalnym trybie 8-godzinnym.

Jak poprawić wsparcie dla ojców?

Edukacja personelu medycznego

Bardzo ważne jest, by lekarze, położne i pielęgniarki dostrzegali w ojcu równie istotnego uczestnika procesu ciąży i porodu. Kilka razy zdarzyło mi się, że personel medyczny kierował wszystkie pytania i uwagi wyłącznie do mojej żony, jakbym był tylko „widzem” rozgrywającego się na moich oczach przedstawienia. Gdy w końcu zdarzyło się, że położna zapytała o moje samopoczucie i oczekiwania, poczułem, że rzeczywiście jestem częścią wyjątkowego i niepowtarzalnego cudu narodzin.

Proste gesty i słowa: „Jak pan to widzi?”, „Czy ma pan jakieś pytania?” mogą sprawić, że tata odczuje realne zaangażowanie i uzyska pewność, że jego opinia też się liczy.

Elastyczność w opiece

Z moich doświadczeń wynika, że mężczyznom często brakuje przestrzeni, w której mogliby swobodnie opowiedzieć o swoich troskach i sukcesach w roli taty. Warsztaty czy grupy wsparcia dla ojców bywają organizowane rzadziej niż te dedykowane mamom. W małych miejscowościach w zasadzie podobne inicjatywy nie mają racji bytu. Tymczasem w mojej ocenie spotkania, grupy dyskusyjne czy grupy wsparci są szalenie potrzebne, ponieważ nie tylko poszerzają perspektywę, ale przede wszystkim budują poczucie, że jako ojcowie, nie jesteśmy sami z podobnymi wyzwaniami.

Promowanie partnerskiego podejścia

Kiedy z żoną rozmawialiśmy o planie porodu, chcieliśmy mieć pewność, że decyzje dotyczące miejsca, sposobu znieczulenia czy ewentualnych procedur medycznych będą rzeczywiście wspólne. Gdy trafiliśmy na położną, która z zaangażowaniem wysłuchała naszych potrzeb, od razu poczuliśmy się pewniej.

Wspólne podejmowanie decyzji wzmacnia poczucie sprawczości i odpowiedzialności także u ojca. Jeśli personel medyczny pozwala parze omawiać różne rozwiązania, tata ma szansę stać się faktycznym partnerem w ciągu całego procesu, a nie tylko „towarzyszem” czekającym na korytarzu.

Praktyczne wsparcie po porodzie

Po porodzie przyszedł kolejny trudny okres – połóg. Uczyłem się wtedy troszczyć o żonę, która potrzebowała regeneracji, i jednocześnie odnajdywać się w roli taty dla noworodka. Bywało, że czułem się bezradny, bo nie wiedziałem, „jak” konkretnie pomóc.

Wtedy cenne okazało się wsparcie położnej środowiskowej i poradni laktacyjnej. Moja rada: jeśli masz możliwość, poproś specjalistów o wskazówki, nie wstydź się pytać nawet o rzeczy pozornie oczywiste (jak kąpać malucha, jak uspokajać, jak przygotować mieszkanie). Takie zachowania pozwolą utrzymać w rodzinny spokój.

Dlaczego świadome ojcostwo jest tak ważne?

Świadome ojcostwo polega na uważnym wchodzeniu w nową rolę oraz na zrozumieniu, jak istotna jest obecność taty w pierwszych miesiącach i latach życia dziecka. Różne strategie adaptacyjne – począwszy od wspierania partnerki w codziennych obowiązkach, poprzez ochronę jej przed stresem, aż po próby łączenia rozwoju kariery z życiem rodzinnym – wskazują, że nie ma jednego uniwersalnego modelu „idealnego ojca”. Kluczem do sukcesu jest elastyczność i otwartość na zmiany, które przychodzą wraz z pojawieniem się dziecka.

Jednocześnie warto pamiętać o istotnej roli wsparcia systemowego. Kompetentny personel medyczny, dostępne warsztaty i grupy wsparcia pomagają młodym tatom odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Partnerska komunikacja w związku sprzyja poczuciu bezpieczeństwa, a wzajemne rozumienie potrzeb obojga rodziców pozwala na wypracowanie takiego modelu podziału obowiązków, który będzie satysfakcjonujący dla wszystkich członków rodziny. W efekcie świadome ojcostwo staje się fundamentem silnych relacji, opartych na wzajemnym wsparciu i zrozumieniu.

Bibliografia:

Miller, Tina. (2010). Making Sense of Fatherhood: Gender, Caring and Work. 1-206. 10.1017/CBO9780511778186.

Wyzwania w procesie stawania się ojcem i „Nowy ojciec” – ideał a rzeczywistość

Tata, ojciec…to ekscytująca, ale i pełna wyzwań przygoda. Przyszli tatusiowie mierzą się z formalnościami (np. przy porodzie rodzinnym), niedostatecznym wsparciem systemowym, a także muszą mierzyć się z wieloma dylematami natury osobistej. Jednocześnie media i społeczeństwo kreują obraz „nowego ojca” – w pełni zaangażowanego, czułego i obecnego w życiu dziecka. W tym wpisie, który jest kontynuacją wcześniejszych rozważań, spróbuję opisać, jak wyglądają wyzwania przyszłego ojca w praktyce, czym różni się ideał od rzeczywistości oraz dlaczego aktywne ojcostwo wymaga zarówno partnerstwa w rodzicielstwie, jak i odpowiedniego wsparcia.

Wyzwania w procesie stawania się ojcem

Podczas pierwszej ciąży byliśmy z żoną zdecydowani na poród rodzinny. Nie wyobrażałem sobie, że mogłoby mnie zabraknąć przy narodzinach pierwszego dziecka, chociaż nie ukrywam, że miałem pewne lęki i obawy związane z tym doświadczeniem. Szczególnie mocno utkwiły mi w pamięci słowa, że personel obawia się tego, że będzie musiał zająć się „reanimacją” ojca, zamiast przyjmować na świat nowe życie. Okazało się , że aby uzyskać zgodę personelu medycznego na moją obecność, musimy z żoną odbyć kurs określany mianem „szkoły rodzenia”. W 2015 roku dało się jeszcze wyczuć, że „mężczyzna musi zasłużyć” na wejście na salę porodową. Z czasem dostrzegłem, że taka szkoła rodzenia była dla mnie cennym wsparciem – pomogła zrozumieć proces porodu i podpowiedzieć, jak jako przyszły tata mogę realnie pomóc.

Emocjonalna przepaść i fizyczny dystans

Jednym z większych wyzwań przed którymi stanąłem jako przyszły ojciec nie był natomiast w pierwszej kolejności sam poród. Przez dziewięć miesięcy doświadczałem bowiem tego, o czym nie wspomina chyba nigdzie, a był to brak fizycznego kontaktu z dzieckiem w łonie matki. Przyszła mama czuje ruchy i doświadczane przez nią zmiany są dla niej bardziej namacalne. Ojciec – nawet zaangażowany – może to wszystko jedynie obserwować „z zewnątrz”. Przykładanie dłoni do brzucha to ledwie namiastka tego, co przeżywa kobieta. Wiele osób opisuje to uczucie jako „patrzenie przez zamazaną szybę”. Cieszyłem się, że już niedługo będę mógł wziąć w ramiona małego człowieka, owoc miłości dwojga kochających się osób, ale czułem dystans. Myślę, że wielu mężczyzn o tym nie mówi, ale odczuwa podobnie.

Ojciec trzymający za rękę żonę podczas badania USG
Ojcowie coraz częściej towarzyszą swoim partnerkom w czasie ciąży i porodu

Marginalizacja ojców w opiece medycznej

Nie będzie oczywiście żadnym odkryciem stwierdzenie, że w systemie opieki zdrowotnej uwaga koncentrowana jest głównie na matce i dziecku. To zrozumiałe, ale często prowadzi do wykluczenia ojców. Badania (Deave & Johnson, 2008) wskazują, że lekarze i położne rzadko pytają o emocje taty. Na szczęście obserwujemy powolną poprawę – coraz więcej personelu medycznego dostrzega potrzeby i rolę ojca w procesie ciąży, porodu i połogu. Nie wiem jakie są doświadczenia innych ojców uczestniczących w porodach rodzinnych, ale dla mnie to były niesamowite doświadczenia. Za każdym razem, kiedy stałem obok żony, trzymałem ją za rękę, całowałem, dotykałem, by pobudzić wydzielanie oksytocyny, moje ciało i umysł przepełniało uczucie, że jestem w centrum cudu. Z dwóch połączonych komórek kształtował się w brzuchu mojej żony człowiek, nigdy nie myślałem o naszym dziecku w kategoriach płodu. Kiedy tak stałem, patrzyłem, bałem się – w pierwszej kolejności o żonę, kiedy próbowałem czuć to, czego nawet w najmniejszym stopniu nie mogłem odczuć czułem się niesamowicie. A kiedy słyszeliśmy pierwszy krzyk…polecam. Dodam jeszcze, że dopiero przy trzecim porodzie faktycznie odczułem wyraźną zmianę, kiedy położona zaproponowała mi kangurowanie z noworodkiem.

Dylematy moralne i „moralna pozostałość”

Jako ojcowie często chcemy aktywnie uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących ciąży i porodu, jednak to kobieta, która nosi w sobie dziecko, podejmuje ostatecznie większość decyzji i nie ma się czemu dziwić – ona chce przeżyć poród w sposób w miarę komfortowy. Draper i Ives (2013) nazywają to „moralną pozostałością” – ojciec czuje ogromną odpowiedzialność, a zarazem ma ograniczone możliwości wpływu. Taki konflikt może prowadzić do sprzecznych emocji, w tym poczucia frustracji czy wykluczenia.

„Nowy ojciec” – ideał a rzeczywistość

Współcześnie promowany wizerunek „nowego ojca”: czułego, zaangażowanego i wszechstronnie wspierającego dziecko i matkę to piękna wizja. Natomiast samo modelowanie wizerunku ojca jest niewystarczające. Żeby model przekształcił się w pełni funkcjonalny byt niezbędne jest odpowiednie, wielowymiarowe wsparcie – zarówno społeczne, jak i systemowe. Wiele zależy też od indywidualnych uwarunkowań, takich jak sytuacja rodzinna, zawodowa czy finansowa.

Oczekiwania a rzeczywistość: dlaczego się rozmijają?

Chcemy być perfekcyjnymi tatusiami i jednocześnie sprawnie rozwijać naszą karierę. Pojawiają się też stereotypy dotyczące męskości i roli żywiciela rodziny. Czy rezygnacja z awansu na rzecz większego zaangażowania w wychowanie dziecka nie podważa „męskości”? Czy okazując czułość i empatię, wciąż wzbudzam szacunek u dziecka i otoczenia?
Moje doświadczenia pokazują, że bycie obecnym w pierwszych miesiącach życia dziecka to wartość nie do przecenienia. Zrezygnowałem z intensywnego rozwoju zawodowego na rzecz rodziny i nie żałuję. Każda rodzina jest jednak inna – nie istnieje uniwersalny wzór, który sprawdzi się w każdej sytuacji. Warto jednak moim zdaniem usłyszeć w sobie naturalny głos, porzucić na jakiś czas ambicje zawodowe, hobby i inne rzeczy, które dotychczas stanowiły oś naszego życia. Kiedy w domu pojawia się dziecko, to ona powinno być dla Ciebie najważniejsze. Nie zastąpisz swojej obecności nawet najlepszą zabawką.

Bibliografia:

Ewolucja ojcostwa: od patriarchatu do bliskości

Ewolucja ojcostwa to temat, który coraz częściej pojawia się w debacie publicznej. Coraz częściej słyszymy o zaangażowanym tacie, który przełamuje patriarchalny model rodziny i aktywnie uczestniczy w życiu domowym oraz w wychowaniu dzieci. Współczesne ojcostwo to nie tylko obowiązek finansowy, ale także równość ról, świadoma opieka oraz bliska relacja z dzieckiem. W tym wpisie przyjrzymy się przemianom, jakie zachodzą w postrzeganiu roli ojca: dlaczego urlop ojcowski zyskuje na popularności, co stoi na przeszkodzie pełnej współpracy w rodzinie i jak wspólne zaangażowanie rodziców wpływa na poczucie bezpieczeństwa dziecka.

Ojcostwo jako dziejowa spuścizna

Patriarchalny model rodziny, w którym ojciec jest dominującą postacią, głową rodziny i żywicielem, wciąż ma swoich zwolenników. Spotkałem się z opiniami, że „mężczyzna to musi być facetem z krwi i kości, a nie tam pętać się w kuchni czy na placu zabaw”. Usłyszałem kiedyś żartobliwy komentarz kolegi: „Ale cię żona wychowała, stary, że ty pieluchy zmieniasz?!”. Muszę wam przyznać, że nie poczułem się w żaden sposób urażony tymi słowami. W mojej ocenie to był nawet komplement, chociaż intencja była jak sądzę inna.

Nie jest moją intencją potępiać rodzin, w których tradycyjny układ się sprawdza, o ile panuje tam wzajemny szacunek i zgoda wszystkich domowników. Problem pojawia się wtedy, gdy ojciec jest w tej roli nieszczęśliwy lub gdy matka przytłoczona jest całym ciężarem obowiązków domowych, bo „przecież to jej zadanie”. W takiej sytuacji brak równowagi prowadzi do frustracji obojga rodziców. A kiedy rodzice są sfrustrowani, cierpi na tym relacja z dzieckiem, które nie otrzymuje wystarczającego wsparcia emocjonalnego.

Co więcej, dzieci, które dorastają w atmosferze ciągłego stresu lub w domu z wyraźnym podziałem ról „mama od wszystkiego, tata od zarabiania”, mogą powielać te schematy w dorosłym życiu. Zmiana wzorców wymaga więc nie tylko indywidualnej decyzji każdego z nas, ale i szerszej edukacji społecznej.

Nowe spojrzenie na rolę taty

Współcześnie coraz częściej mówi się o „zaangażowanym ojcu” lub „nowym ojcu”, który nie tylko zapewnia byt materialny, lecz także daje dziecku poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego. Taki tata to osoba otwarta, empatyczna i gotowa współdziałać z matką w wychowaniu dzieci – nie boi się pieluch, codziennej opieki czy wspólnych zabaw.

Według licznych badań psychologicznych (np. raportów Tato.Net czy publikacji naukowych z obszaru psychologii rozwojowej) zaangażowanie ojca jest istotne dla prawidłowego rozwoju dziecka. Maluch, który czuje emocjonalną więź z tatą, uczy się budować zdrowe relacje, rozwija poczucie własnej wartości i lepiej radzi sobie z wyzwaniami życiowymi. Obecność ojca jest więc nie tylko wsparciem dla matki, ale też inwestycją w dobrostan i przyszłość dziecka.

Przeszkody na drodze do równości ról

Podział obowiązków zawodowych i rodzinnych

Najtrudniejsze bywa pogodzenie życia zawodowego z rodzinnym. W teorii brzmi to pięknie: idziesz do pracy, wracasz szybko do domu, spędzasz czas z rodziną. W praktyce – etat i dojazdy często zabierają mnóstwo czasu, a pracodawcy stawiają wysokie wymagania co do dyspozycyjności.

Wielu mężczyzn stoi przed wyborem: albo w pełni zaangażuję się w pracę, tracąc cenne chwile z dzieckiem, albo stawiam na rodzinę, ryzykując konsekwencje zawodowe. Każdy próbuje znaleźć własny „złoty środek”, ale nie zawsze jest to łatwe. Wpływa to na poziom stresu i może odbijać się negatywnie na relacjach w domu – a przecież celem powinno być dążenie do work-life balance, który służy zarówno rodzicom, jak i dzieciom.

Urlop ojcowski – teoria a praktyka

Wprowadzenie w Polsce (w 2010 r.) urlopu ojcowskiego było dużym krokiem naprzód. Teoretycznie daje on ojcom możliwość spędzenia dwóch tygodni z dzieckiem. W praktyce jednak bywa różnie. Wielu mężczyzn boi się reakcji pracodawcy lub słyszy: „Po co ci ten urlop, przecież i tak nic nie zrobisz przy dziecku?”. Takie komentarze skutecznie zniechęcają do aktywnego korzystania z praw, które de facto przysługują nam ustawowo.

Są jednak pozytywne przykłady ojców, którzy z dumą korzystają z urlopu i w pełni angażują się w opiekę. W dużych, międzynarodowych firmach często promuje się „work-life balance”, umożliwiając elastyczną pracę lub dodatkowe benefity dla rodziców. Wciąż jednak do pełnej normalności i powszechnej akceptacji zaangażowanego ojcostwa potrzeba zmiany mentalności – tak wśród pracodawców, jak i w samym społeczeństwie.

Dlaczego warto dążyć do bliskości w ojcostwie?

Budowanie głębokiej więzi

Zaangażowany tata buduje z dzieckiem bliską relację już od pierwszych dni życia. Wspólne karmienie (choćby butelką), usypianie, przewijanie czy zabawy na macie uczą dziecko, że tata jest obecny i troszczy się o jego potrzeby. Taka więź procentuje w przyszłości: maluch nabiera zaufania do świata, bo czuje, że ma obok siebie bezpieczną i stabilną figurę

Rozwój emocjonalny dziecka

Psychologowie są zgodni, że obecność ojca w życiu dziecka przyspiesza jego rozwój społeczno-emocjonalny. Tata, który potrafi wyrażać emocje, uczy swoją pociechę, że nie tylko mama daje ciepło i wsparcie. Dziecko może w ten sposób czerpać wzorce zarówno męskiej, jak i kobiecej wrażliwości.

Wzajemne wsparcie rodziców

Gdy obowiązki są dzielone pomiędzy mamę a tatę, żadna ze stron nie czuje się samotna w „rodzicielskiej przygodzie”. To przekłada się na lepsze relacje w związku, mniej konfliktów i większe zrozumienie potrzeb drugiej osoby. W dłuższej perspektywie taka współpraca sprzyja umacnianiu więzi partnerskich, co z kolei tworzy bezpieczne środowisko dla rozwoju dziecka.

Ewolucja ojcostwa: wnioski

Ewolucja ojcostwa to proces, który trwa i przechodzi przez różne etapy: od patriarchalnego modelu, wciąż zakorzenionego w niektórych rodzinach, po zaangażowane i bliskie relacje, gdzie ojciec i matka są partnerami w opiece nad dzieckiem. Wyzwania, takie jak trudności z łączeniem pracy i życia rodzinnego czy obawy przed krytyką ze strony pracodawców i znajomych, nie powinny nas jednak powstrzymywać od świadomego podejmowania ról, które przynoszą korzyść całej rodzinie.

Warto pamiętać, że decyzja o aktywnym ojcostwie nie tylko wzbogaca relację z dzieckiem, lecz także pozytywnie wpływa na samopoczucie ojca i jego więź z partnerką. Chociaż przed nami jeszcze wiele do zrobienia, rosnąca popularność urlopów ojcowskich, warsztatów i inicjatyw dla tatów pokazuje, że zmiany postępują. To od nas zależy, czy staniemy się częścią tej pozytywnej transformacji.

Rola ojca w procesie macierzyństwa – nowe spojrzenie

To, że czytacie blog poświęcony zaangażowaniu ojców i przemianom, jakie przechodzi dziś rola ojca. Jeszcze kilkanaście lat temu ojciec był często „cichym bohaterem drugiego planu”: miał zapewnić rodzinie utrzymanie, a w wychowaniu pojawiał się raczej wtedy, gdy trzeba było wyegzekwować dyscyplinę lub nakreślić surowe granice. Dziś jednak wiele się zmienia, a współczesne normy coraz mocniej kładą nacisk na zaangażowanie emocjonalne, fizyczną obecność oraz partnerski podział obowiązków związanych z wychowaniem dzieci (Dermott, 2008).

I chociaż nierzadko, jako ojcowie obserwujemy kpiące uśmieszki, to właśnie w takich codziennych działaniach tkwi wielki potencjał zmiany, o której pragnę napisać, podpierając się także danymi, które zgromadziłem, analizując badania naukowe w tym obszarze.

Chciałbym w tym cyklu artykułów poświęconych roli ojca w przyjrzeć się temu, w jaki sposób mężczyźni definiują swoją rolę w okresie ciąży, porodu oraz w pierwszych latach życia dziecka, a także jakie wyzwania napotykają na tej drodze. Bo choć wiele się mówi o „nowym ojcostwie” i partnerstwie w wychowaniu dzieci, to jednak w praktyce bywa różnie. Oprócz tego pragnę przedstawić moje własne doświadczenia – te radosne, ale i te, które wprawiały mnie w zakłopotanie.

Zależy mi, by ten tekst był nie tylko teoretycznym omówieniem zjawiska, ale też swego rodzaju „listem” do innych ojców (i przyszłych ojców), którzy szukają wsparcia, zrozumienia i wskazówek. Zachęcam was także do włączenia się do dyskusji pod artykułem, bo mam wrażenie, że istnieje potrzeba zwrócenia uwagi na niedoceniany wpływ „nowego ojcostwa” na wyłaniający się zza horyzontu obraz nowego społeczeństwa.

Moje wyobrażenia związane z ojcostwem

Gdy jako młody mężczyzna marzyłem o zostaniu najlepszym ojcem pod słońcem, miałem w głowie obraz raczej tradycyjny. W moim wyobrażeniu ojciec reagował tylko wtedy, gdy sytuacja osiągała punkt krytyczny, czyli na przykład dziecko robiło się niegrzeczne albo pojawiał się jakiś poważny kłopot w szkole. Taka wizja marginalizowała rolę taty w codziennym życiu dziecka. Myślałem, że to w porządku – skoro tata całymi dniami pracuje, po pracy dokonuje drobnych napraw i remontów, a niestety często także jest pod wpływem alkoholu, co czterdzieści lat temu było pewną „normą”.

Mama była zawsze w stanie znaleźć dla nas czas, chociaż także pracowała w pełnym wymiarze, często pomagała tacie w „remontach” (przynieś, podaj, przytrzymaj), gotowała obiady, robiła pranie, chodziła na wywiadówki. Mama była jakby bardziej obecna – i to ona była także od czułości i przewijania, a tata od „poważnych spraw”. Przyznam szczerze, Z perspektywy czasu widzę, jak mocno ograniczona była moja wizja tego, czym może być rola ojca w codziennym życiu dziecka. Dobrze, że mogłem „podglądać” rodziny, w których życie toczyło się naprawdę z naciskiem na słowo „życie”.

Pamiętam moment, kiedy dotarło do mnie, jak ograniczony i krzywdzący dla wszystkich stron był opisany powyżej model rodziny. Podczas pierwszej ciąży mojej żony zacząłem czytać książki o rozwoju dziecka w łonie matki. Na zajęciach w szkole rodzenia uświadomiłem sobie, że ojciec może, a wręcz powinien być w samym centrum wydarzeń rodzinnych, a nie tylko na ich obrzeżach. Nie dlatego, że to jakaś „moda”, ale dlatego, że ma to kluczowe znaczenie dla rozwoju dziecka.

Dzięki wewnętrznej, naturalnej potrzebie obecności i bliskości, której pozwalałem się rozwijać od pierwszych tygodni ciąży, doświadczyłem jako przyszły tata wyjątkowego współuczestnictwa, chociaż nie do końca rozumiałem zachodzące wokół mnie i we mnie zmiany. Dałem się nieść fali, która kołysze naszą rodzinę do dnia dzisiejszego.

Rola ojca w wychowaniu dzieci – badania

W literaturze naukowej ojcostwo bywa definiowane na wiele sposobów, natomiast w mojej ocenie najtrafniejszego określenia, które stało się jednocześnie pierwszym bodźcem do napisania tego artykułu, użyła Tina Miller nazywając ojcostwo dynamicznym „performance’em”, zależnym od zmieniających się norm społecznych (Miller, 2011). Myślę, że dla wielu z nas, ojców, te zmiany są bardzo widoczne. Tradycyjne role patriarchalne, chociaż wciąż obecne, ustępują miejsca bardziej zrównoważonym wzorcom ojcostwa.

Rola ojca – tata zmieniający pieluchę niemowlakowi, codzienna troska i budowanie bliskości z dzieckiem.
Rola ojca wyraża się w codziennych działaniach – opieka i troska od pierwszych dni życia.

Esther Dermott (2008) podkreśla, że współczesne ojcostwo opiera się na intymnościemocjonalnej bliskości, co wymaga ponownego zdefiniowania dawnych ról. Kiedyś wystarczało, by mężczyzna był żywicielem rodziny, a w razie potrzeby wymierzał sprawiedliwość i ustalał zasady. Dziś sami mamy potrzebę (i słusznie!), żeby być emocjonalnym filaremrównoprawnym partnerem w rodzicielstwie – od pierwszych chwil życia dziecka.

Ostatnie lata przyniosły wiele raportów i badań potwierdzających zwiększone zaangażowanie ojców w opiekę nad dziećmi. Mężczyźni coraz częściej towarzyszą partnerkom w trakcie ciąży i w czasie porodu, coraz chętniej biorą urlop ojcowski, a także angażują się w codzienne obowiązki związane z pielęgnacją niemowlęcia. Rośnie też liczba ojców, którzy uczestniczą w różnych formach edukacji rodzicielskiej: warsztatach, spotkaniach klubu taty czy specjalistycznych szkoleniach dla przyszłych rodziców.

Ta przemiana nie dokonuje się jednak w próżni – równolegle wzmocnił się społeczny dyskurs na temat równości płci. Choć wciąż jeszcze daleko nam do pełnej równości w każdym aspekcie, świadomość znaczenia partnerskiego podejścia w rodzinie wzrasta. Niektórzy badacze wskazują nawet, że zaangażowanie ojców w opiekę nad dziećmi staje się swego rodzaju „nową normą”, a mężczyzna niezaangażowany spotyka się nieraz z krytyką środowiska. Oczywiście, wszystko zależy od kontekstu kulturowego i wsparcia systemowego, którego w Polsce nadal brakuje.

Urlopy ojcowskie: Polska na tle innych krajów

Jednym z najważniejszych wyznaczników transformacji ojcostwa jest rosnąca liczba mężczyzn korzystających z urlopów ojcowskich i rodzicielskich. W Polsce w 2023 roku z tej formy urlopu skorzystało 19 tysięcy ojców (w porównaniu do 3,7 tysiąca rok wcześniej). Co ciekawe, od stycznia do kwietnia 2024 roku urlop rodzicielski wykorzystało już 13,8 tysiąca mężczyzn, ale wciąż stanowi to zaledwie 7% wszystkich uprawnionych.

Na tle innych krajów nie wypadamy najlepiej. W Finlandii, Hiszpanii, Holandii, Norwegii czy Słowacji ojcowie mają prawo do dłuższych i lepiej płatnych urlopów. Istotny może okazać się wpływ dyrektywy work-life balance w Polsce, która wprowadza nietransferowalne prawo do 9 tygodni urlopu dla ojca. Jeśli więcej mężczyzn zacznie z tego prawa korzystać, być może przyspieszy to dalszą zmianę społeczną.

To pokazuje, że choć mamy do czynienia z pozytywnym trendem – więcej ojców niż kiedykolwiek wcześniej bierze czynny udział w życiu rodzinnym – wciąż jest wiele do zrobienia. Warto, abyśmy nawzajem inspirowali się dobrymi wzorcami i przekonywali innych mężczyzn, że aktywny tata to nie tylko moda, lecz przede wszystkim realne wsparcie dla partnerki, a także inwestycja w szczęśliwe i zdrowe dzieciństwo – i taka powinna być w moim odczuciu rola ojca.

Pamiętajmy, że zaangażowany tata to:

  • Bezpieczne i pełne wsparcia środowisko dla dziecka
  • Budowanie trwałej więzi od najmłodszych lat
  • Partnerstwo w codziennych obowiązkach i decyzjach wychowawczych
  • Wzorzec pozytywnych relacji dla przyszłych pokoleń

Mimo że rola ojca coraz częściej pojawia się w debacie publicznej, w praktyce wciąż jesteśmy gdzieś pomiędzy starym a nowym modelem. Z jednej strony, rosną oczekiwania wobec ojców (bo mamy świadomość, że ich obecność i zaangażowanie są kluczowe), a z drugiej – nie zawsze istnieją realne warunki, by te oczekiwania spełnić.

Ciąg dalszy w następnym wpisie – przyjrzymy się przeszkodom, które najczęściej pojawiają się na drodze do równości ról w rodzinie, oraz praktycznym wyzwaniom, z jakimi musi zmierzyć się współczesny tata – zarówno w okresie ciąży i porodu, jak i w pierwszych latach życia dziecka. Dowiecie się także, jak sam próbowałem łączyć pracę z rodzicielstwem i czego nauczyły mnie te doświadczenia.

Bibliografia:

  1. Dermott, E. (2008). Intimacy and Family Relationships in Modern Fatherhood.
  2. Miller, T. (2011). Making Sense of Fatherhood: Gender, Caring and Work.
  3. „Coraz więcej ojców korzysta z urlopów rodzicielskich”, PAP (pap.pl)
  4. Rośnie liczba ojców korzystających z urlopów rodzicielskich”, Gazeta Prawna (gazetaprawna.pl)
  5. Urlopy dla rodziców: Polska na tle innych krajów”, Share the Care (sharethecare.pl)

Rozwój dziecka: milion połączeń neuronowych na sekundę – jak pierwsze lata życia kształtują przyszłość

Rozwój dziecka w pierwszych latach życia to temat, który budzi coraz większe zainteresowanie zarówno wśród rodziców, jak i specjalistów. Realizując cele, które postawiłem sobie, zakładając tego bloga, od początku wiedziałem, że chcę sięgnąć nie tylko po własne obserwacje i doświadczenia innych rodziców, lecz także po twarde dane naukowe. W tym artykule opowiem, dlaczego pierwsze 2000 dni życia dziecka są tak istotne i jak wspierać jego rozwój na poziomie emocjonalnym, poznawczym i społecznym.

Wiele osób, które planują lub spodziewają się przyjścia na świat dziecka, ma – jak sądzę – pewne obserwacje związane z zrachowaniami innych rodziców, którzy bardzo często poświęcają się bez reszty, aby zapewnić swoim pociechom optymalne, a może lepiej napisać: najlepsze warunki rozwoju. Czytanie książek nienarodzonym jeszcze dzieciom to bardzo ważna i, niestety, coraz rzadziej praktykowana czynność. Tak naprawdę stanowi jednak tylko preludium. Już po narodzeniu dziecka w domu pojawiają się aktywizujące i angażujące zabawki, specjalne książeczki dla niemowląt oraz cała masa przedmiotów, które dla postronnego obserwatora mogą wydawać się zbędne lub nieco na wyrost.

Rozwój dziecka – tata czytający książkę niemowlakowi, wspólne chwile wspierające rozwój językowy i emocjonalny.
Wspólne czytanie to kluczowy element wspierania rozwoju dziecka w pierwszych latach życia.

Proszę jednak, abyście spróbowali wczuć się w sytuację, w której znajduje się noworodek. Z wygodnego i ciepłego łona trafia do świata, którego nie zna i którego nie jest w stanie ogarnąć zmysłami. Mózg noworodka jest w pewnym sensie zdezorganizowaną wiązką przewodów, czyli neuronów. To jeden z niewielu organów, które w momencie narodzin nie są w pełni rozwinięte – potrafi tak naprawdę kontrolować wyłącznie najprostsze funkcje, przede wszystkim te, które pozwolą mu przetrwać, jak bicie serca, pracę płuc czy odruch ssania, umożliwiający zapełnienie żołądka. W trakcie kolejnych 2000 dni mózg rozwinie się na tyle, że dziecko nie tylko zacznie mówić, biegać i skakać, ale nawet „pyskować” rodzicom. Oczywiście jest to pewna ironia z mojej strony, ale zawiera sporo prawdy.

Czy bezgraniczne angażowanie się rodziców w rozwój dziecka, często kosztem własnych wyrzeczeń, ma jakieś niepodważalne uzasadnienie naukowe? Okazuje się, że przeprowadzone na przestrzeni dziesięcioleci badania neurobiologiczne i behawioralne prowadzą do jednoznacznych wniosków – troska o prawidłowy rozwój dziecka od narodzenia do 5. roku życia decyduje tak naprawdę o kształtowaniu jednostki, która będzie w przyszłości podstawą dobrze prosperującego i zrównoważonego społeczeństwa. Każdy z nas staje się bowiem jego reprezentantem.

1. Mózg – od fundamentu po szczyty

Podstawowa architektura ludzkiego mózgu kształtuje się już od okresu życia płodowego i trwa nieprzerwanie do dorosłości. Doświadczenia gromadzone od najmłodszych lat mają olbrzymie znaczenie dla rozwoju wszystkiego, z czego będziemy korzystali w dorosłym życiu: inteligencji, zdrowia oraz wzorców zachowań. Pierwsze pięć lat życia dziecka można w dużym uproszczeniu porównać do budowy domu, a raczej do stawiania jego fundamentów. Najpierw powstają zbrojenia – podstawowy „szkielet” utrzymujący całą konstrukcję. Później wylewa się ławę fundamentową, na której będą posadowione mury. Jakiekolwiek zaniedbania na tym etapie będą bardzo trudne do skorygowania w przyszłości – osłabiona architektura mózgu, podobnie jak niewłaściwie wykonany fundament, może sprawić, że cała konstrukcja okaże się niestabilna czy podatna na pęknięcia.

Żeby jeszcze mocniej podkreślić znaczenie tych pierwszych 2000 dni oraz to, jak ważna jest ich jakość dla rozwoju Waszych dzieci, trzeba zdać sobie sprawę, że w badaniach, na które się powołałem, wykazano, iż w tym krótkim czasie w każdej sekundzie powstaje ponad milion nowych połączeń neuronowych. Po okresie szybkiego namnażania się komórek, niektóre połączenia zostają zredukowane w procesie zwanym przycinaniem, dzięki czemu obwody mózgowe stają się bardziej wydajne. Zaobserwowałem to u swoich dzieci – po przekroczeniu 5. roku życia (a w zasadzie bliżej 6.) stały się wtedy jakby „dojrzalsze” i bardziej wyrozumiałe.

Etapy rozwoju mózgu u dziecka można zauważyć w zasadzie z dnia na dzień. Jednego dnia dziecko nie jest w stanie „oderwać” się od piersi mamy, a kolejnego w ogóle nie myśli już o korzystaniu z jej pokarmu. Z naszej rodziny mogę przytoczyć przykład młodszej córki, miała wtedy niespełna 2. lata. Pewnego dnia powiedziała: Tata w smoczku jest dziura! To wyrzuć powiedziałem. Od tego dnia smoczek przestał istnieć w jej świadomości. Słyszałem wiele takich historii od różnych mam. Oczywiście przywołuję tutaj pewne skrajne przypadki, by pokazać, że poszczególne etapy rozwojowe mogą mieć gwałtowny przebieg, dlatego często określa się je mianem skoków rozwojowych.

Jednymi z pierwszych ścieżek, które zaczynają faktycznie wpływać na rozwój dziecka, są te odpowiedzialne za sensorykę. W tym okresie świadomi rodzice dostarczają dziecku kontrastowe, czarno-białe zabawki sensoryczne – książeczki kontrastowe, kostki, pluszaki, zawieszki do wózka czy kontrastowe maty. Pamiętam, że było tego naprawdę sporo. Wzrok i słuch to w dalszym ciągu zestaw pomagający przetrwać, ale równocześnie spełniają one ważną funkcję socjalizacyjną – pozwalają odróżnić rodziców od innych bodźców. Mniej więcej w tym samym czasie zaczynają się kształtować połączenia odpowiedzialne za wczesne umiejętności językowe (ok. 5. miesiąca życia – głużenie, gaworzenie, giganie) i wyższe funkcje poznawcze. Nadchodzi prawdziwa burza – połączenia neuronowe mnożą się i przycinają w określonej kolejności, a późniejsze, bardziej złożone obwody mózgowe budują się na bazie wcześniejszych, prostszych obwodów.

2. Interakcje bodźcem rozwojowym mózgu

Napiszę tak: mózg się „lasuje”. Opierając się na artykule, który będzie można pobrać pod tym wpisem w oryginale, można odnieść wrażenie, że na tym etapie rozwoju mózgu dochodzi do fazy wzajemnej eksploracji, a może nawet fascynacji? Naukowcy są przekonani, że głównym elementem tego momentu rozwojowego mózgu jest poszukiwanie i tworzenie relacji między rodzicami lub opiekunami. Małe dzieci w naturalny sposób szukają i potrzebują tych interakcji poprzez gesty, mimikę, głużenie, gaworzenie.

Dorośli, mając znacznie bardziej rozwiniętą sferę emocjonalną i percepcyjną, powinni odpowiadać dziecku analogiczną informacją zwrotną. Czasami wygląda to zabawnie dla postronnego obserwatora, ale zwróćcie uwagę, jak wielką radość daje uczestnikom tych „rozmów” ten pozorny dialog – dołeczki na policzkach dziecka i wzruszenie u rodzica. To pierwsze dialogi. Jeśli adresat komunikatu (dorosły) nie zareaguje lub jego odpowiedź okaże się w ocenie malucha nieodpowiednia, wówczas mogą wystąpić pierwsze zaburzenia, które mogą rzutować na przyszłe zachowania, bo rozwój struktur neuronalnych nie przebiegnie zgodnie z ewolucyjnym planem.

Rozwój dziecka – niemowlę patrzące na kontrastowe ilustracje wspierające rozwój wzroku i percepcji.
Zabawy sensoryczne pomagają rozwijać zmysły i wspierają rozwój dziecka od pierwszych dni.

3. Elastyczność mózgu jest odwrotnie proporcjonalna do wieku

Największą plastycznością charakteryzuje się mózg na wczesnym etapie życia, co ma logiczne uzasadnienie w konieczności dostosowania się do ogromnego spektrum interakcji, w które musi wejść. Z wiekiem dokonuje się pewna specjalizacja, umysł zaczyna wkraczać w stadium stabilizacji, a jego zdolności reorganizacyjne i adaptacyjne słabną.

Reakcja na nowe, nieoczekiwane wyzwania nie przypomina już „burzy w szklance wody”. Przykładowo, w pierwszym roku życia obszar mózgu odpowiedzialny za rozpoznawanie dźwięków w ujęciu fonicznym dokonuje specjalizacji w kierunku języka, w którym dziecko najczęściej przebywa. W tym czasie mózg traci zdolność do rozpoznawania dźwięków obecnych w innych językach.

Oczywiście nie oznacza to braku możliwości nauki języków obcych, ale z każdym kolejnym rokiem obwody odpowiedzialne za zdolności lingwistyczne stają się coraz bardziej „skostniałe”. Dlatego warto zainteresować się, czy w przedszkolu, do którego będzie uczęszczało dziecko, realizowany jest program dwujęzyczności.
Plastyczność na wczesnym etapie rozwoju oznacza, że znacznie łatwiej i z większą skutecznością można wpływać na kształtującą się architekturę mózgu, niż próbować przekształcać ją w wieku dorosłym.

4. Wszystko jest ze sobą powiązane

Kiedy tworzy się ośrodkowy układ nerwowy (OUN), mózg przejmuje rolę „dyrektora”, który koordynuje niejako „książkę skarg i zażaleń” całego organizmu. Aby tak skomplikowana struktura jak człowiek działała niezawodnie, potrzebna jest właściwa koordynacja wielu procesów. Stabilność emocjonalna oraz nabywane w trakcie rozwoju kompetencje społeczne mają kluczowe znaczenie dla zdolności poznawczych, stając się jednocześnie tworzywem i spoiwem dla dalszego rozwoju człowieka. Sukcesy zawodowe, a wcześniej szkolne, są konsekwencją wcześniej nabytych umiejętności społecznych, zdolności językowo-poznawczych i zjawisk zachodzących w sferze fizyczno-emocjonalnej.

5. Przewlekły stres lub traumatyczne przeżycia uszkadzają rozwijającą się architekturę mózgu

W zasobach Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego znalazłem bardzo interesujący artykuł dotyczący roli stresu w naszym życiu. Agnieszka Chocyk i Iwona Majcher-Maślanka zwracają uwagę, że przewlekły stres przyczynia się do wyeksploatowania fizjologicznego oraz emocjonalnego, grożąc poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi (tzw. stres toksyczny). Zainteresowanych tym tematem zachęcam do przeczytania wspomnianego artykułu, który zamieściłem w przypisach.

Odnieśmy się jednak do głównej kwestii poruszonej w tym wpisie. Zdaniem naukowców z Harvardu, przewlekły stres spowodowany zwykle czynnikami środowiskowymi, takimi jak życie w skrajnym ubóstwie czy w sytuacji długotrwałego konfliktu – nie tylko zbrojnego, ale także „wojen domowych” – ma toksyczny wpływ na rozwijający się mózg małego dziecka. Dlatego tak ważne jest, aby jak najszybciej prowadzić działania zmierzające do przywrócenia elastyczności mózgu na przykład u sierot wojennych, dzieci emigrantów czy świadków tragedii. Zaburzenia, z którymi dzieci nie są sobie w stanie same poradzić, pozostają często na całe życie, wpływając zarówno na stany emocjonalne, jak i na zdrowie fizyczne.

Żeby jeszcze bardziej uzmysłowić czytającym znaczenie pierwszych 2000 dni rozwoju dziecka, dodam, że tempo wzrostu mózgu jest naprawdę niewiarygodne. Po urodzeniu ma on około jednej czwartej wielkości przeciętnego mózgu dorosłego, w pierwszym roku podwaja swoją wielkość, a dziecko w wieku 3 lat dysponuje mózgiem stanowiącym aż 80% rozmiaru dojrzałego mózgu. U 5-latka to już 90%!

Wnioski?

Opierając się na przytoczonych powyżej informacjach, zapewne doszliście do podobnych wniosków, co ja. Moim zdaniem troska o prawidłowy rozwój emocjonalny i ewentualna wczesna interwencja mogą okazać się znacznie skuteczniejsze niż terapie naprawcze w późniejszym okresie. Jest to oczywiście apel do rodziców, aby dbali nie tylko o rozwój intelektualny, lecz także emocjonalny dziecka, na przykład czytając książki, opowiadając historie czy śpiewając wspólnie piosenki. To również sugestia dla instytucji i struktur państwowych sprawujących pieczę nad rodzinami, szczególnie tymi zagrożonymi nieprawidłowościami.

Właściwe podejście do rozwoju emocjonalnego, poznawczego, społecznego i językowego jest bowiem najlepszą ścieżką przygotowującą dzieci do odnoszenia sukcesów w szkole, miejscu pracy oraz w społeczeństwie. Wspieranie relacji i pozytywnych doświadczeń zaczyna się w rodzinie, ale może być również prowadzone w innych przestrzeniach – dla mnie ważnym miejscem było harcerstwo i biblioteka, gdzie życzliwe bibliotekarki wspierały moje „ucieczki” do świata literatury. Mózgi dzieci potrzebują stabilnych interakcji z dorosłymi – każde miejsce i metoda, które będą w stanie sprostać tym potrzebom, są godne uwagi (teatrzyki, bajkoterapia, zajęcia śpiewu i tańca itp.).


W przypadku dzieci doświadczających toksycznego stresu niezbędne bywają specjalistyczne, wczesne interwencje, które będą ukierunkowane na przyczynę stresu i ochronią dziecko przed jego konsekwencjami. Jeśli dostrzegasz, że w Twoim otoczeniu dzieje się krzywda dzieciom – nie pozostawaj bierny, działaj.

Rozwój dziecka – niemowlę bawiące się na kolorowej macie edukacyjnej z zabawkami stymulującymi zmysły.
Przyjazne bodźce stymulują rozwój dziecka już od pierwszych miesięcy życia.

Czytanie to nie tylko sposób na rozwój – to sposób na bliskość. Kiedy dziś przeczytasz swojemu dziecku książkę, co przeczyta ono Tobie za 30 lat?

Powyższy materiał powstał w oparciu o następujące materiały źródłowe:

  • 1. Center on the Developing Child (2007). The Science of Early Childhood Development (InBrief). Retrieved from www.developingchild.harvard.edu.
  • 2. Agnieszka Chocyk, Iwona Majcher-Maślanka: Wróg, wybawca, trener personalny czy guru? Zrozumieć stres i wypracować równowagę. Pism Przyrodnicze Wszechświat. Tom 124 Nr 1-3 (2023), s. 55-62.

Mężczyźni i ojcostwo: biologiczne i psychologiczne aspekty

Perspektywa bycia tatą dla części mężczyzn jest niczym prowadzenie łodzi podwodnej – niby by się chciało, ale potencjalne niedogodności sprawiają, że wolą do tego zadania podchodzić trochę tak, jakby patrzyli przez peryskop na odległą wyspę o nazwie [niebieski]rodzina[/niebieski]. Przyjrzyjmy się zatem nieco bliżej męskim uwarunkowaniom biologicznym i psychicznym, by odpowiedzieć na pytanie, czy mężczyźni są predestynowani do rodzicielstwa.

Perspektywa bycia tatą – męskie uwarunkowania biologiczne i psychiczne

Społeczeństwo, w którym żyjemy i kształtujemy naszą osobowość, odgrywa bardzo ważną rolę w procesie dorastania do pełnienia rozmaitych funkcji. W ciągu kilkudziesięciu lat w sferze postrzegania zachowań rodzicielskich doszło do swoistej rewolucji. Model, w którym za wykształcenie i rozwój dziecka odpowiada przede wszystkim mama, odchodzi zwolna do lamusa, a w parkach, na placach zabaw, w bibliotekach, a nawet centrach handlowych, coraz częściej można dostrzec dumnych ojców, dla których zaangażowanie w wychowanie dzieci nie kończy się i nie zaczyna na zwracaniu uwagi i strofowaniu

„Kiedy z dzisiejszej perspektywy miałbym ocenić przebieg relacji mojego taty ze mną oraz ojców moich rówieśników, z którymi się wychowywałem, to z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że byli ślepi, że stracili pierwiastek męskości, który był odpowiedzialny za przedłużenie ich linii genetycznej.”

Podobne obserwacje dotyczą zresztą wielu dziadków, którzy byli co prawda w stanie „przypilnować” swoich wnucząt, ale nie wchodzili z nimi w bliższe relacje oparte o – nie bójmy się tego słowa – miłość.

Bunt przeciwko dawnym wzorcom ojcostwa

Jestem przekonany, że wielu wspaniałych ojców, których dzisiaj spotykam w różnych miejscach, odnalazło źródło swojego dojrzałego i zaangażowanego ojcostwa w postawie buntu przeciwko temu, z czym się nie zgadzali. Kiedyś w trakcie rozmowy z kolegą usłyszałem od niego, że w zasadzie nie wyniósł wzorca bycia ojcem z domu rodzinnego, dlatego musiał sam wypracować pewien model, który pozwoliłby mu być najlepszym z możliwych ojców, trochę jak w serialu telewizyjnym.
W dalszej rozmowie powiedział również, że w pierwszym kontakcie z nowonarodzonym synem działał trochę po omacku, nigdy przecież nie widział, jak jego tata

zmienia pieluchy, śpiewa kołysanki, czyta książki. Jak stwierdził – nie miał wzorca do naśladowania, działał instynktownie . Mój rozmówca powiedział:

„Wydaje mi się, że potrzeba bycia dobrym tatą wynika przede wszystkim z pragnienia bycia blisko, prawdopodobnie podświadomie chciałem nadrobić braki z własnego dzieciństwa”.

Nowe ujęcie rodzicielstwa – instynkt ojcowski istnieje?

Koncepcje, według których mężczyzna obdarzony jest [pogrubienie]instynktem rodzicielskim[/pogrubienie], a jego rola nie powinna sprowadzać się do bycia nieszczęsnym pomocnikiem, który ma na celu zapewnienie odpowiednich warunków bytowych, są relatywnie nowym ujęciem zagadnienia związanego z rodzicielstwem. Amerykańska antropolożka i prymatolożka Sarah Blaffer Hrdy, która wniosła znaczący wkład w psychologię ewolucyjną i socjobiologię, uważa, że zarówno matki, jak i ojcowie przejawiają pewien repertuar zachowań rodzicielskich, które przejawiają się poprzez myśli i działania wykraczające poza sfery kulturowe, a w opinii Timothy’ego Hugh Clutton-Brock’a można dostrzec u ludzi międzygatunkową homologię.

Oczywiście poza typowymi potrzebami związanymi z ewolucyjną koniecznością przetrwania i kontynuowania linii gatunkowej, rodzicielstwo w wydaniu ludzkim obejmuje powiązane ze sobą mechanizmy biologiczne, psychologiczne i behawioralne, które od pierwszych chwil po urodzeniu oddziałują na dziecko jako na nowego członka społeczności zwanej rodziną.

Zmiana kulturowa i odkrywanie roli ojców

Dla pokolenia moich rodziców, ale jeszcze bardziej – jak sądzę – dziadków, podobne tezy byłyby zapewne kontrowersyjne. Ponieważ zaliczam się do pokolenia tzw. wyżu demograficznego, które doświadczyło skomplikowanej transformacji ustrojowej i mentalnej, dlatego miałem możliwość obserwowania w dzieciństwie ojców zajmujących się dziećmi, zwłaszcza tych, którzy na drodze przemian stracili zatrudnienie, ale w dalszym ciągu tata był traktowany jako kiepski substytut mamy. W opracowaniach naukowych zresztą było podobnie, a naukowcy różnych specjalizacji badający rozwój dzieci koncentrowali się głównie na roli matek.

Prekursorskie badania dr. Michaela Lamba

Prekursorem badań nad ojcostwem jest amerykański psycholog dr Michael Lamb, który jeszcze w latach 70-tych, w swojej pracy Relacje między niemowlętami a ich matkami i ojcami (1976), w sposób krytyczny ocenił dominującą na świecie teorię przywiązania, według której najważniejszym rodzajem relacji rodzinnej była ta, która zawiązywała się między niemowlęciem a jego matką. Ten sposób postrzegania i myślenia o rodzicielstwie, w którym kluczową rolę odgrywa „za wszelką cenę” właśnie matka, przedstawił w filmie „Tato” Maciej Ślesicki.

Pokonywanie stereotypów: od teorii do realnych zmian

Wspomniany już dr Lamb oraz współpracująca z nim grupa badaczy doszli do wniosku, że dzieci mogą tworzyć równie silny kompleks emocjonalny zarówno z ojcami, jak też matkami, żeby jednak ten pogląd się utrwalił, potrzeba było gruntownej przebudowy mentalnej w społeczeństwie. Jednym z pierwszych znaczących kroków w kierunku docenienia roli taty było wprowadzenie tzw. porodów rodzinnych. Wprawdzie pierwszy taki poród odbył się 10 czerwca 1983 r. w szpitalu im. Madurowicza w Łodzi, ale realnie sytuacja zmieniła się w Polsce dopiero w 1994 roku, w odpowiedzi na akcję „Rodzić po ludzku”. Dzisiaj położne zachęcają ojców do tzw. kangurowania i udzielają wszelkich porad ojcom, by wprowadzić ich w świadome ojcostwo, ponieważ zgodnie z nowymi trendami, bycie zaangażowanym tatą wpływa na fizjologię, psychologię i wyniki dzieci w wielu obszarach przez całe ich życie.

Dlaczego zaangażowanie taty jest kluczowe?

Krótko mówiąc, tatusiowie robią różnicę. Dlaczego więc, gdy widzimy mężczyznę z niemowlęciem w dzień powszedni, wciąż odruchowo zastanawiamy się, gdzie jest matka tego dziecka, nawet jeśli uważamy, że to takie urocze, że „opiekuje się dzieckiem”? Prawda jest taka, że tak jak kobiety zawsze miały predyspozycje do bycia dyrektorami generalnymi, tak mężczyźni zawsze mieli moc wychowywania dzieci. Teraz, gdy zdajemy sobie z tego sprawę, może wkrótce nadejść dzień, w którym domyślne założenie, że mama jest głównym rodzicem, wyda się śmiesznie dziwne – i wszyscy będziemy dzięki temu lepsi.

Narodziny ojca – biologiczne podstawy i wpływ hormonów

Ludzie to pod każdym względem bardzo dziwny gatunek – marzymy o kolonizacji kosmosu, tworzymy złożone algorytmy obliczeniowe, zaczęliśmy wykorzystywać na szeroką skalę sztuczną inteligencję, a w dalszym ciągu nie wiemy wszystkiego o naszych ciałach. Dotyczy to także fenomenu ojcostwa, którego biologiczne podłoże zaczęto badać tak naprawdę dopiero na przełomie obecnego stulecia.
W badaniach prowadzonych także przez polskich naukowców wykazano, że zarówno w okresie ciąży, jak też po jej rozwiązaniu dochodzi u mężczyzn do zmian. Zmiany obejmują nie tylko męskie ciała, które w tym czasie potrafią się zaokrąglić, ale przede wszystkim układ dokrewny, który uwalniając hormony, sprawia, że potrafimy stać się wrażliwsi, bardziej opiekuńczy.

Na podstawie badań, które przywołałem w przypisach do tego artykułu, można wysnuć wniosek, że ojcowski „kaftan bezpieczeństwa”, który przez lata krępował ojcostwo w społeczeństwie, może zostać rozwiązany dzięki naszej wewnętrznej chemii, która jest w stanie zmienić macho w czułego „barbarzyńcę”.

Tata – wykres zmian hormonalnych u ojców: spadek testosteronu, wzrost oksytocyny i prolaktyny podczas ciąży i opieki nad noworodkiem.
Ojcostwo zmienia ciało – poziomy hormonów przygotowują mężczyzn do opieki nad dzieckiem.
  • Zielona linia (Oksytocyna): Poziom wzrasta stopniowo w czasie ciąży, osiąga szczyt przy narodzinach dziecka i utrzymuje się podczas aktywnej opieki.
  • Niebieska linia (Prolaktyna): Zaczyna rosnąć w ostatnim trymestrze ciąży i utrzymuje się na wysokim poziomie u zaangażowanych ojców.
  • Czerwona linia (Testosteron): Spada w końcowych tygodniach ciąży i osiąga najniższy poziom po narodzinach dziecka.
  • Dodatkowo, symbol 🍼 (przy szczycie oksytocyny) ilustruje kluczowy moment przy pierwszym kontakcie ojca z dzieckiem

Oksytocyna, prolaktyna i… ojcowski spadek testosteronu

W przywołanych badaniach wykazano, że u ojców w trakcie kontaktu i zabawy z noworodkami dochodzi do uwalniania „hormonu miłości”, czyli oksytocyny, w podobny sposób, w jaki ma to miejsce u mam. Moje „poczwórne” odkrycie tego faktu było za każdym razem inne. Kiedy na świat miała przyjść pierwsza córka, kiedy wspólnie z żoną nie wiedzieliśmy, w jaki sposób będzie przebiegała akcja porodowa i w ogóle czego się spodziewać w tych pierwszych sekundach, byliśmy chyba bardziej zestresowani niż przepełnieni euforycznym oczekiwaniem.

Pewne komplikacje, które wyniknęły przy pierwszym porodzie, spowodowały, że nasza córka prosto z brzuszka trafiła do inkubatora, a my oczekiwaliśmy w napięciu na ten pierwszy krzyk, którego się obawialiśmy – ale jeszcze bardziej przeraził nas jego brak.

Kiedy po godzinie usłyszałem od położnej, że teraz córka już „będzie z nami”, poczułem ogromną falę uderzeniową, która niemal mnie nie przewróciła. Pamiętam, że po całej nocy w szpitalu wróciłem do domu i miałem jeszcze dość siły, żeby odśnieżyć chodnik przed domem. Pozostałe dzieci przychodziły na świat z dużo większą ochotą, ale być może opiszę to przy innej okazji. Za każdym razem pojawiał się słodki smak w ustach i wielka, niewyobrażalna radość, która trwa do dnia dzisiejszego.

Oksytocynowa fala pozwala na chodzenie w chmurach, wyzwala empatię wobec wszystkich ludzi i generuje narcystyczną niezdolność do mówienia o czymkolwiek innym.

Kiedy organizm taty pompuje się zwolna miłosnym narkotykiem, znacząco obniża się poziom testosteronu. Tata jest mniej podatny na ryzykowne zachowania; szybka jazda samochodem ustępuje miejsca rozwadze i uważności, wchodzi w rolę opiekuna.
W badaniach zaobserwowano także, że w tym czasie dochodzi u mężczyzn do wzrostu poziomu prolaktyny, hormonu, który stymuluje u kobiet produkcję mleka.

Zdaniem antropologa Lee Gettlera obecność prolaktyny sięga czasów, zanim na świecie pojawiły się ssaki, a więc nie może być to hormon wybitnie skorelowany z karmieniem piersią. Prowadzone przez naukowca badania pozwoliły wysnuć pewne hipotezy związane z obecnością tego hormonu u współczesnych ojców. Gettler jest zdania, że ojcowie z wyższym poziomem prolaktyny angażują się w zabawę z dziećmi w sposób, który jest korzystny dla rozwoju sfer poznawczych i uczenia się. Tacy ojcowie wydają się także bardziej wrażliwi na płacz niemowląt, co zwiększa ich chęć do bycia blisko.

Podejrzewam, że wielu zaangażowanych w wychowanie swoich dzieci ojców mogłoby opowiedzieć własną wersję hormonalnej transformacji, którą bez wątpienia dostrzegli bez przeprowadzania analiz laboratoryjnych.

I nie, nie chodzi tylko o to, że zaangażowany tata sprawia, że dziecko jest lepsze w sporcie – badania pokazują, że nasza obecność jest dobrodziejstwem dla prawie każdego aspektu rozwoju człowieka. Posiadanie zaangażowanego ojca wiąże się z mniejszymi opóźnieniami poznawczymi, lepszą gotowością szkolną, spadkiem napadów złości i agresywnych zachowań oraz niższymi wskaźnikami depresji.
W książce Do Fathers Matter? dziennikarz naukowy Paul Raeburn podsumowuje wyniki szwedzkiego badania z 2007 roku, w którym stwierdzono, że zaangażowany ojciec może nawet uchronić swoje nastoletnie potomstwo przed więzieniem:

„Dzieci, których ojcowie bawili się z nimi, czytali im, zabierali je na wycieczki i pomagali się nimi opiekować, miały mniej problemów behawioralnych we wczesnych latach szkolnych i mniejsze prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa lub zachowania przestępczego jako nastolatki”.

Ojcowski pakiet korzyści – wpływ zaangażowanego taty na rozwój dziecka

Postrzeganie rodzicielstwa w kategoriach partnerstwa jest stosunkowo nowym trendem, który kształtował się w różnych rejonach z różną intensywnością i w różnym czasie. Z całą pewnością pewnym głosem inicjującym ten proces były ruchy społeczne zapoczątkowane jeszcze w latach 70-tych przez środowiska feministek, które oczekiwały zniesienia barier płciowych i dyskryminacji.

Niestety z własnego doświadczenia nie jestem w stanie opisać doświadczeń dotyczących moich najmłodszych lat, ponieważ niewiele pamiętam. Na pewno nie przypominam sobie, żeby mój tata zmieniał mi pieluchy, ale nie pamiętam też, żeby robiła to mama. Kilka miłych wspomnień obejmuje okres późnego dzieciństwa i dotyczyły między innymi odbierania mnie z przedszkola przez ojca czy jego zaangażowania, kiedy leżałem chory w szpitalu.
Pamiętam również, że zabrał mnie na wyścig pokoju i sporadycznie czytał dziecięcą prasę.
Z jego opowieści wiem natomiast, że jego tata w ogóle się nie angażował w wychowanie dzieci. Więc już na tym krótkim dystansie można dostrzec pewną przemianę, która dzisiaj jest normą – co obserwuję nie tylko na placach zabaw, ale także w szatni przedszkolnej, gdzie spotykam ojców w przewadze.

Zmiana w zaangażowaniu ojców w wychowanie dzieci, która dokonała się na przestrzeni zaledwie kilku lat, ma olbrzymi wpływ na rozwój dzieci. Nie chodzi wyłącznie o to, że zaangażowani tatusiowie uczą swoje dzieci jazdy na rowerze, zabierają je na kajaki, mecze piłki nożnej i wszczepiają zamiłowanie do sportu i aktywności fizycznej. Badania naukowe potwierdzają, że nasza obecność ma pozytywny wpływ w niemal każdym aspekcie rozwoju dziecka. Zaangażowany tata wspomaga rozwój poznawczy, przyczynia się do poprawy tzw. gotowości szkolnej, a także ma niebagatelny wpływ na zmniejszenie zachowań agresywnych wśród dzieci oraz niższe wskaźniki związane z rozwojem depresji wśród dzieci i młodzieży, która niestety wydaje się być epidemią współczesnych czasów.

W książce Paula Raeburna Czy ojcowie mają znaczenie? (oryg. Do Fathers Matter?), w której dziennikarz dokonuje podsumowania badania przeprowadzonego w 2007 roku w Szwecji, pojawia się teza, że:

zaangażowany w wychowanie dzieci ojciec może nawet uchronić dziecko przed wejściem na drogę przestępczą.

Z przywołanych przez dziennikarza badań wynika, że dzieci, których ojcowie bawili się z nimi, czytali książki, zabierali na wycieczki i aktywnie uczestniczyli w procesie wychowania, miały znacznie mniej problemów o podłożu behawioralnym we wczesnych latach szkolnych, a także znacznie mniejszy współczynnik związany z wchodzeniem na drogę przestępczą w okresie nastoletnim.

Wpływ ojcowskiego słownictwa na rozwój językowy

W jednym z badań naukowych pojawia się teza wskazująca na rozwojowe sprzężenie związane z zaangażowaniem ojców na biegłość językową dzieci. Okazuje się, że bez względu na to, jak dobrze mówiła matka, używanie słownictwa przez ojca miało największy wpływ na rozwój językowy malucha. Oczywiście nie chodzi wyłącznie o czytanie książek, ale także codzienne poszerzanie zasobu słownictwa poprzez rozmowę, opowiadanie, a nawet powtarzanie przez ojców dziecięcych neologizmów.

Obserwacja poczyniona przez naukowców nie wzięła się oczywiście z powietrza i myślę, że wielu zaangażowanych ojców mogłoby się podzielić własnymi spostrzeżeniami dotyczącymi budowania więzi z dziećmi. Kiedy miałbym odnieść się do własnych doświadczeń w tym obszarze, to muszę napisać, że kiedy w naszym domu pojawiło się pierwsze dziecko – córeczka, która z pewnego mentalnego założenia miała być od pierwszych dni „córeczką tatusia”, niestety okazało się, że nawiązanie więzi z niemowlęciem wcale nie jest takie proste.
Pamiętam pierwszą noc po powrocie do domu, kiedy w środku nocy córka zaczęła płakać, a ja chciałem w jakiś sposób wyręczyć zmęczoną porodem żonę. Wiedziony instynktem wstałem do łóżeczka, podniosłem „moją” kruszynkę i zacząłem jej nucić zmyślaną na poczekaniu kołysankę. I nagle – eureka! Odkryłem, że wprawdzie nie mam piersi, ale mogę „karmić” dziecko swoją obecnością i głosem. Dla mnie to było bardzo ważne odkrycie, które doprowadziło mnie między innymi do miejsca, w którym dzisiaj jesteście także Wy, czytający tego bloga.
Oprócz wymyślania kołysanek dość wcześnie zacząłem także czytać książki dla dzieci – a ulubioną lekturą 1,5 rocznego dziecka były przygody Koziołka Matołka. Nie mogę stwierdzić na pewno, jaki wpływ miało moje zaangażowanie na kształtowanie mowy mojej córki, która mając 2 lata mówiła już pełnymi zdaniami, ale wierzę, że moje zaangażowanie przyczyniło się do jej rozwoju. Podobną ścieżkę przeszedłem z pozostałą trójką moich dzieci i efekt był bardzo podobny.

Nauka o ojcostwie – co jeszcze kryje w sobie rola taty?

W ujęciu naturalnym mężczyźni należą do uprzywilejowanej grupy ssaków, ponieważ zaledwie 10% angażuje się w bezpośrednią opiekę nad swoim potomstwem. W tym wąskim gronie znajdują się także orangutany, słonie, foki i lwy morskie. U zwierząt niższych rzędów przykładów możemy szukać chociażby pod powierzchnią wody. W naszych rzekach spotkać można ciernika (Gasterosteus aculeatus), niewielką rybkę, której samiec buduje gniazdo, do którego zaprasza samice, a następnie sam broni zapłodnionej ikry i narybku, dopóki ten nie wchłonie woreczka żółtkowego i nie rozpocznie samodzielnego życia. W Bałtyku żyją z kolei koniki morskie, których osobniki męskie wyposażone są w torbę lęgową na brzuchu, do której samica składa jaja. Zarodki zagnieżdżają się w tkance torby, gdzie przez sieć naczyń kapilarnych jest im dostarczany tlen i substancje odżywcze – tak jak u ludzi poprzez pępowinę. Podobnie przebiega rozród u igliczni (Syngnathus typhle), która także można spotkać w naszym morzu. Warto także przywołać także zachowania zaobserwowane u pingwinów cesarskich (Aptenodytes forsteri), u których matka, zostawia jaja ojcu, a sama wyrusza w plener w poszukiwaniu pokarmu. Samiec emu (Dromaius novaehollandiae) samodzielnie wysiaduje jaja i wodzi pisklęta.

Można zatem wysnuć nieśmiałą hipotezę, że w procesie ewolucji natura eksperymentowała z różnymi rozwiązaniami w obszarze ojcostwa, a skoro ludzie pochodzą z wody… Wróćmy jednak do głównego wątku. Wspominałem już, że badania naukowe koncentrujące się na przemianach zachodzących w organizmach mężczyzn w trakcie opieki nad dziećmi są stosunkowo nową dziedziną. Poniżej prezentuję niewielki wycinek tego, co wiemy na ten temat:

  • Oprócz zmian hormonalnych zachodzących u mężczyzn w następstwie kontaktu z niemowlętami, zdarza się, że przyszli ojcowie doświadczają zmian fizycznych już w czasie ciąży swoich partnerek. Zespół kuwady (in. zespół couvade, ciąża współczulna) dotyczy według statystyk od 11 do 36% partnerów ciężarnych kobiet i objawia się szeregiem typowych dla przebiegu ciąży zaburzeń. Mężczyźni dotknięci ciążą współczulną, która kończy się po porodzie, mogą odczuwać m.in.: nudności, bóle brzucha, wzdęcia, wahania apetytu, wzrost masy ciała, zmniejszenie masy ciała, problemy jelitowe, bóle zębów, problemy skórne, kurcze mięśni kończyn dolnych.
  • Gdy mężczyźni stają się ojcami, poziom testosteronu spada o około 30%, a spadek może rozpocząć się jeszcze przed narodzinami dziecka. Tatusiowie, którzy spędzają więcej czasu ze swoimi niemowlętami, odnotowują największy spadek.
  • Depresja poporodowa tzw. baby blues jest zjawiskiem dobrze znanym, a według statystyk cierpi na nią ponad 20% kobiet. Okazuje się jednak, że ojcowie również mogą jej doświadczać. Jedna z meta analiz z 2010 roku wykazała, że około 10% mężczyzn doświadcza depresji poporodowej.

Oczywiście mam świadomość, że w tym krótkim artykule nie wyczerpuję w pełni zagadnień związanych z biologicznymi aspektami ojcostwa. Mam jednak nadzieję, że przytoczone poniżej źródła staną się dla wielu mężczyzn argumentem, który pozwoli im wejść na wyższy poziom zaangażowania – bo jesteśmy stworzeni do tego, by być ojcami w pełnym znaczeniu tego słowa. Tak jak kobiety mają prawo być dyrektorami, prezydentami czy astronautami, tak my możemy być tatusiami. Być może potrzebne są jakieś programy wspierające rozwój więzi między dziećmi i ojcami, ale uważam, że i bez nich większość mężczyzn poradzi sobie w sposób intuicyjny.

Bibliografia:

  • Sarah Blaffer Hrdy: Mother Nature: Maternal Instincts and How They Shape the Human Species. Ballantine Books, 2000.
  • Timothy Hugh Clutton-Brock. The Evolution of Parental Care. Princeton University Press; 1991.
  • Mónica Sobral,Francisca Pacheco, Beatriz Perry, Joana Antunes, Sara Martins,  Raquel Guiomar,  Isabel Soares,  Adriana Sampaio,  Ana Mesquita,  Ana Ganho-Ávila: Neurobiological Correlates of Fatherhood During the Postpartum Period: A Scoping Review, Front. Psychol., 03 February 2022
  • dr Karolina Lutkiewicz, dr hab. Łucja Bieleninik, prof. UG, dr hab. Paweł Jurek, prof. UG, prof. dr hab. Mariola Bidzan: Predyktory więzi emocjonalnej u ojców we wczesnym okresie poporodowym: badanie przekrojowe na polskiej kohorcie, Instytut Psychologii, Uniwersytet Gdański. W: Księga Abstraktów, VII Ogólnopolska Konferencja Naukowa Psychologia w Służbie Rodziny, 2022.
  • Lee T. Gettler, Thomas W. McDade, Alan B. Feranil, Christopher W. Kuzawa: Prolactin, fatherhood, and reproductive behavior in human males. American Journal of Physical Antropology, Volume 148, Issue3  S. 362-370
  • Paul Raeburn: Do Fathers Matter?: What Science Is Telling Us About the Parent We’ve Overlooked. New York: Scientific American, 2015.
  • Jessica F. Schwab,Meredith L. Rowe,Natasha Cabrera,Casey Lew-Williams: Fathers’ repetition of words is coupled with children’s vocabularies, Journal of Experimental Child Psychology, 2018.

Jak literatura dziecięca wspiera rozwój językowy, poznawczy i narracyjny

Pierwsza część cyklu o wpływie książek na rozwój dziecka. Sprawdź, jak lektury kształtują mowę, wyobraźnię i umiejętność opowiadania historii.

Literatura dziecięca, często traktowana jako prosty i zabawny środek przekazu, w rzeczywistości odgrywa kluczową rolę w rozwoju dziecka. Od kształtowania języka i wyobraźni, po rozwój społeczny i emocjonalny – książki dla dzieci stanowią narzędzie wspierające ich wszechstronny rozwój.

Badania podkreślają, że czytanie dzieciom od najmłodszych lat rozwija nie tylko ich umiejętności komunikacyjne, lecz także wpływa na przyszłe sukcesy edukacyjne. W niniejszym artykule przyjrzymy się wielowymiarowym korzyściom literatury dziecięcej oraz jej roli w budowaniu solidnych podstaw rozwojowych.

1. Jak literatura dziecięca wspiera rozwój językowy i poznawczy

1.1. Kształtowanie umiejętności językowych

Badania pokazują, że literatura dziecięca wspiera rozwój języka już od najwcześniejszych lat życia dziecka. Regularne czytanie na głos wpływa nie tylko na rozwój biernego słownictwa, ale także na zdolność do formułowania własnych wypowiedzi i rozumienia struktur językowych. Dzieci, które mają częsty kontakt z książkami, szybciej przyswajają nowe słowa i wyrażenia, co bezpośrednio przekłada się na ich kompetencje komunikacyjne – zarówno ustne, jak i pisemne. Książki dostarczają im wzorców językowych w kontekście, co ułatwia naukę składni, gramatyki i poprawnej wymowy.

Co więcej, bogate i różnorodne treści literatury dziecięcej pomagają w kształtowaniu intuicji językowej – dziecko zaczyna rozpoznawać rytm, intonację i melodię języka, co z kolei wspiera naukę czytania i pisania w kolejnych etapach edukacji. Nie bez znaczenia jest również rola dialogów, powtórzeń i rymowanek, które angażują pamięć słuchową i stymulują rozwój mowy.

Dzieci, którym regularnie czyta się książki, rozwijają zdolności w zakresie słuchania, mówienia, a później także czytania i pisania znacznie szybciej niż rówieśnicy, którym rodzice nie czytali.
— Whitehead, 2009

Właśnie dlatego tak ważne jest, aby literatura dziecięca była obecna w życiu dziecka od pierwszych lat.

Literatura dziecięca rozwija nie tylko wyobraźnię, ale także więzi międzyludzkie
Książki wpływają na każdy aspekt rozwoju dziecka – zwłaszcza, kiedy czyta je rodzic.

Przykłady książek wspierających rozwój językowy dzieci

0–3 lata: Pierwsze słowa i rytm języka

  • Pucio uczy się mówić – Marta Galewska-Kustra

Proste ilustracje i powtarzające się dźwięki wspierają naukę pierwszych słów.

  • Księga dźwięków – Soledad Bravi

Onomatopeje i dźwiękonaśladownictwo rozwijają słuch fonemowy i wzbogacają słownictwo malucha.

  • Rok w lesie – Emilia Dziubak

Książka obrazkowa bez tekstu – zachęca do tworzenia własnych opowieści i opisywania świata.

4–6 lat: Rozbudowa słownictwa i logiczne wypowiedzi
  • Basia – Zofia Stanecka i Marianna Oklejak

Historie z życia przedszkolaka wspierają rozwój zdań złożonych i słownictwa codziennego.

  • Gruffalo – Julia Donaldson

Rymowana fabuła ułatwia zapamiętywanie struktur językowych i rozwija intonację.

  • Mam przyjaciela – Ralf Butschkow (seria wydawnicza)

Przedstawia codzienne sytuacje i zawody, wzbogacając język tematyczny.

7+ lat: Rozwijanie stylu i samodzielnego języka
  • Detektyw Pozytywka – Grzegorz Kasdepke

Zagadki i opowiadania ćwiczą logiczne myślenie i słownictwo opisowe.

  • Dziennik Cwaniaczka – Jeff Kinney

Narracja pierwszoosobowa wprowadza do nowoczesnych struktur językowych.

  • Felix, Net i Nika – Rafał Kosik

Dynamiczna seria łącząca bogaty język z wątkami przygodowymi i naukowymi.

1.2. Rozwijanie wyobraźni i myślenia abstrakcyjnego

Literatura dziecięca obfituje w metafory, symbole i wyobrażeniowe światy, które pobudzają wyobraźnię najmłodszych. Baśnie, takie jak Kopciuszek czy Czerwony Kapturek, pozwalają dzieciom przeżywać przygody, doświadczać emocji i identyfikować się z bohaterami, co sprzyja rozwojowi myślenia abstrakcyjnego. Dzięki kontaktowi z fantastyką i symboliką zawartą w opowieściach, dzieci uczą się interpretować znaczenia ukryte między wierszami, co rozwija ich zdolności do metaforycznego i kreatywnego myślenia. Tego rodzaju historie oswajają również z trudnymi tematami, takimi jak śmierć, lęk, niesprawiedliwość czy samotność – prezentując je w bezpiecznej, alegorycznej formie. W ten sposób literatura nie tylko bawi, ale także pełni funkcję psychologiczną i wychowawczą, oferując młodym czytelnikom narzędzia do rozumienia świata oraz własnych emocji.

Dzięki temu literatura dziecięca pełni funkcję nie tylko edukacyjną, ale i kulturową – kształtuje schematy myślenia i rozwija symboliczne rozumienie świata.

Jak podkreślają Kostecka i Skowera (2017), baśnie są pierwszym „alfabetem kultury”, wprowadzającym dziecko w podstawowe wartości i schematy myślowe. To właśnie za pomocą znanych archetypów – dobrego bohatera, złego przeciwnika, magicznego pomocnika czy nagrody za wytrwałość – dziecko uczy się uniwersalnych zasad, takich jak dobroć, odwaga, sprawiedliwość czy pokonywanie trudności. Baśniowe światy, choć oderwane od codziennej rzeczywistości, budują pomost między światem dziecięcej wyobraźni a realnym życiem, ucząc myślenia przyczynowo-skutkowego i moralnego rozumowania. Literatura dziecięca staje się dla młodego czytelnika instrukcją obsługi otaczającego świata. Moje dzieci wielokrotnie odwoływały się do sytuacji z książek, by opisać zjawisko lub sytuację, której do końca nie rozumiały, w ten sposób literatura dziecięca przekracza ramę okładki.

Przykłady współczesnych książek rozwijających wyobraźnię dziecka

3–5 lat: Pierwsze fantazje i światy równoległe
  • Naciśnij mnie – Hervé Tullet

Interaktywna książka, która zachęca dziecko do działania – naciskania, potrząsania, przesuwania stron – rozwija wyobraźnię, poczucie sprawczości i abstrakcyjne myślenie przyczynowo-skutkowe. Zdziwicie się korzystając z tej książki! (celowo napisałem, korzystając) W naszym domu jest to hit do dnia dzisiejszego, mamy wydanie polsko-francuskie, ale jest także polsko-angielskie. Polecam i na pewno napiszę o tej książce w osobnym wpisie.

  • Oczy – Iwona Chmielewska

Poetycka książka obrazkowa, w której pary oczu zmieniają się w rozmaite postaci i obiekty. Świetna do stymulacji wyobraźni wizualnej i narracyjnej.

  • Co robią uczucia? – Tina Oziewicz

Uosobione emocje (np. Wstyd, Nadzieja) w prostych metaforach – uczą dziecko interpretacji symbolicznej i kreatywnego myślenia.

6–8 lat: Fantastyka i opowieści z przesłaniem
  • Historia małej popielicy, która nie mogła zasnąć – Sabine Bohlmann

Nastrojowa opowieść z morałem, osadzona w magicznej scenerii lasu. Rozwija zarówno wyobraźnię przestrzenną, jak i emocjonalną.

  • Wielka Panda i Mały Smok – James Norbury

Inspirowana filozofią zen książka o podróży i przyjaźni. Piękne ilustracje i filozoficzne przesłania sprzyjają refleksji i tworzeniu wewnętrznych obrazów świata.

  • Księżycolud – Tomi Ungerer

Klasyczna już historia o istocie z Księżyca odwiedzającej Ziemię – pełna humoru, symboliki i nieszablonowego spojrzenia na świat.

9+ lat: Głębsze metafory i świat literackiej wyobraźni
  • Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek – Elena Favilli, Francesca Cavallo

100 prawdziwych historii w baśniowej formie – rozwijają wyobraźnię społeczną, empatię i poczucie sprawczości.

  • Baśnie osobliwe – Ransom Riggs

Zbiór niezwykłych opowieści w stylu klasycznych baśni, ale z mrocznym, gotyckim klimatem. Pobudza wyobraźnię, uczy interpretacji symboli i konwencji.

  • Tam gdzie żyją dzikie stwory – Maurice Sendak

Choć krótkie, to arcydzieło literatury dziecięcej pełne jest metafor o emocjach, gniewie i potrzebie powrotu do bezpieczeństwa – idealne do pracy nad symbolicznym rozumieniem świata, szczerze polecam.

Książki te, choć często proste w formie, zawierają głębokie warstwy znaczeniowe i symboliczne. Dzięki nim dzieci nie tylko rozwijają wyobraźnię, ale także uczą się rozumienia emocji, abstrakcyjnych pojęć i funkcjonowania w świecie złożonym z więcej niż jednego znaczenia.

1.3. Rozwój umiejętności narracyjnych

Opowiadanie historii to umiejętność kluczowa zarówno w życiu osobistym, jak i edukacyjnym. Dziecko, które potrafi tworzyć logiczne, uporządkowane wypowiedzi, łatwiej wyraża swoje myśli, przeżycia i potrzeby. Umiejętność budowania narracji stanowi fundament nie tylko dla późniejszej nauki pisania, ale również dla kompetencji społecznych, takich jak opowiadanie o wydarzeniach, tłumaczenie swojego punktu widzenia czy najzwyklejsza rozmowa (nie mylić z plotkowaniem!).

Literatura dziecięca, poprzez powtarzalność fabuł i przewidywalne struktury (np. początek–rozwinięcie–zakończenie), uczy dzieci logicznego myślenia, sekwencjonowania zdarzeń oraz organizowania informacji w formie spójnej wypowiedzi. Powtarzające się zwroty i konstrukcje językowe, typowe dla bajek, opowieści i baśni, działają jak szablony narracyjne, które dziecko może intuicyjnie przyswoić i wykorzystywać podczas własnych prób opowiadania – zarówno ustnie, jak i w formie pisemnej. Tak właśnie działa dobrze skonstruowana literatura dziecięca, która uczy opowiadania przez przykład.

Regularne słuchanie i czytanie historii sprzyja także rozwojowi tzw. „świadomości narracyjnej” – dziecko uczy się, że opowieść ma bohatera, konflikt, punkt kulminacyjny i rozwiązanie. Z czasem zaczyna wykorzystywać te elementy w swoich własnych opowieściach. Co więcej, literatura dziecięca wspomaga rozwój języka emocji – bohaterowie doświadczają uczuć, podejmują decyzje i ponoszą konsekwencje, co stanowi punkt wyjścia do refleksji nad ludzkimi motywacjami i relacjami.

Badania pokazują, że dzieci, które mają częsty kontakt z książkami narracyjnymi, szybciej rozwijają tzw. kompetencje narracyjne, czyli umiejętność opowiadania o przeszłości, planowania przyszłości i rozumienia cudzych historii. To z kolei przekłada się na lepsze funkcjonowanie w szkole – szczególnie w zakresie języka polskiego, historii i przedmiotów humanistycznych – a także w codziennym życiu społecznym.

Przykłady książek wspierających rozwój narracyjny dzieci

3–5 lat: Opowieści z prostą strukturą i powtarzalnością
  • Turlututu. A kuku, to ja! – Hervé Tullet

Interaktywna książka, która zachęca dziecko do aktywnego uczestnictwa i komentowania – idealna do wspólnego opowiadania i przewidywania kolejnych zdarzeń.

  • Mój cień jest różowy – Scott Stuart

Opowieść z jasnym początkiem, konfliktem i zakończeniem – dziecko może łatwo powtórzyć strukturę, a także dodać własne warianty historii.

  • Rok w przedszkolu – Przemysław Liput

To książka obrazkowa typu „picturebook bez słów”, z mnóstwem szczegółów i postaci. Zachęca dzieci do tworzenia własnych historii na podstawie tego, co widzą. Rozwija opowiadanie sytuacyjne i sekwencyjne, wspiera mowę spontaniczną i wyobraźnię.

6–8 lat: Tworzenie logicznych ciągów zdarzeń i dialogów
  • Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek – Justyna Bednarek

Świetny przykład literatury dziecięcej, która uczy logicznej narracji i kreatywnego podejścia do opowieści.

  • Tajemniczy ogród – Frances Hodgson Burnett

Klasyczna narracja z przemianą bohaterów – idealna do rozmów o tym, jak rozwija się postać i jakie wydarzenia wpływają na jej decyzje.

  • To nie jest książka – Jean Jullien

To kreatywna, zabawna i nietypowa publikacja, która inspiruje dzieci do tworzenia własnych historii. Wymusza narrację przez zabawę formą — raz staje się sklepem, raz teatrem, raz domkiem. Świetnie rozwija narrację sytuacyjną i wyobraźnię przestrzenną.

Klasyczna, rymowana opowieść o podróży przez świat w poszukiwaniu Pacanowa. Narracja epizodyczna, pełna humoru i zwrotów akcji, doskonale wspiera rozwój logicznego myślenia, sekwencjonowania zdarzeń oraz pamięci narracyjnej. Rymy ułatwiają zapamiętywanie, a ilustracje wspierają rozumienie kontekstu. To także świetne wprowadzenie do polskiego dziedzictwa literackiego.

 9+ lat: Własna narracja, emocje, tożsamość
  • Seria Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai – Martin Widmark

Prosta, ale logicznie zbudowana narracja detektywistyczna – dzieci mogą analizować fabułę, przewidywać kolejne kroki i tworzyć własne śledztwa.

  • Mały Książę – Antoine de Saint-Exupéry

Narracja metaforyczna i filozoficzna – rozwija nie tylko myślenie symboliczne, ale i umiejętność opowiadania z wielu perspektyw. Mały Książę to nie tylko literatura dziecięca, to klasyka!

  • Zeszyt do opowieści – Małgorzata Swędrowska, Katarzyna Bajerowicz

To wyjątkowa książka aktywizująca — dzieci mogą nie tylko czytać i oglądać ilustracje, ale też dopisywać własne historie, dorysowywać zakończenia i tworzyć własne wątki. Świetnie wspiera rozwój narracji i samodzielnego wyrażania siebie.

Tego rodzaju książki nie tylko rozwijają słownictwo, ale przede wszystkim uczą, jak zbudować początek, rozwinięcie i zakończenie. Ułatwiają dziecku zrozumienie struktury opowieści i dają przestrzeń do twórczej ekspresji – zarówno w formie mówionej, jak i pisanej.

Umiejętność budowania opowieści to nie tylko przyjemność z tworzenia – to kompetencja językowa, społeczna i emocjonalna, która będzie towarzyszyć dziecku przez całe życie. Literatura dziecięca, oferując bogactwo struktur, tematów i postaci, daje młodym czytelnikom narzędzia do rozumienia świata i siebie samych.

To tylko jeden z wielu wymiarów, w jakich literatura dziecięca wspiera rozwój dziecka – zarówno poznawczy, jak i społeczny.

W kolejnej części przyjrzymy się temu, jak literatura dziecięca wspiera rozwój emocjonalny i społeczny – jak pomaga dzieciom zrozumieć uczucia, budować empatię oraz wzmacniać relacje z innymi ludźmi.

  • części 1 mówiliśmy o języku, wyobraźni i narracji — o tym, jak książki rozwijają słownictwo, logiczne myślenie i umiejętność opowiadania.
    części 2 skupiliśmy się na emocjach i relacjach: jak książki uczą dzieci nazywać uczucia, rozumieć innych i budować więzi z najbliższymi.
    części 3 odkryliśmy rolę literatury w przygotowaniu do nauki — nie tylko w sensie „szkolnym”, ale jako motywacji, uważności i kulturowej dojrzałości.
    I wreszcie w części 4 zadaliśmy pytanie o przyszłość: jak nie zgubić literatury w świecie cyfrowych skrótów i globalnych trendów.

Bibliografia:

– Whitehead, M. (2009). Developing Language and Literacy with Young Children. London: Paul Chapman Publishing.
– Kostecka, W., & Skowera, M. (2017). W kręgu baśni i fantastyki. Warszawa: SBP.
– Bartosik, M. (2023). Jak rozmawiać z dziećmi o trudnych emocjach. Warszawa: Emocjolandia.
– Parry, R. L., & Taylor, L. (2018). Readers in the Round. Literacy, 52(2), 103–110.
– Kucirkova, N. (2019). Children’s Reading with Digital Books. Stavanger: University of Stavanger.
– Czabanowska-Wróbel, A. (2018). Children’s Literature—Between World and Global Literature. Wielogłos.

Wstęp – czyli zanim przeczytasz bajkę

Gdybyśmy mieli zacząć ten tekst zgodnie z rytmem dnia przeciętnego rodzica, brzmiałby mniej więcej tak:
Zanim zdążysz powiedzieć „umyj zęby” — już jest za późno na bajkę.

Ale spróbujmy inaczej. Wolniej. Z uważnością.
Zacznijmy od pytania:

Kiedy ostatnio czytałeś swojemu dziecku książkę — tak naprawdę, z sercem, bez pośpiechu?
Nie pytam z wyrzutem. Pytam jak ktoś, kto wie, jak wygląda wieczór po całym dniu bieganiny — z kolacją do odgrzania, skarpetkami w zlewie i wyładowaną baterią w rodzicu, która już dawno pokazuje 3%. A jednak właśnie wtedy, w tym zmęczeniu, kryje się coś ważnego. Szansa. Moment.

Być może zwróciliście uwagę, że na zdjęciu wyróżniającym do tego wpisu jest marchewka — zwróciliście? Jako rodzice staramy się dbać o zdrowy rozwój naszych dzieci: pięć porcji warzyw i owoców, sport, zajęcia edukacyjne, dodatkowy angielski, a przecież czytanie w niemniejszym stopniu wpływa na wszystkie aspekty rozwoju naszych dzieci, wspomaga wszechstronny rozwój intelektualny i emocjonalny — czytając, w największym stopniu dbamy o rozwój naszych pociech.

Badania Biblioteki Narodowej są bezlitosne: 31% Polaków nie ma w domu żadnej książki albo posiada tylko podręczniki. A przecież to właśnie obecność książek sprzyja temu, by po nie sięgać. Jak z wodą w lodówce — trudniej napić się czegoś, czego nie ma, prawda?

I choć w mediach coraz częściej słyszymy o „wtórnym analfabetyzmie”, aliteralności (o czym szerzej w innym wpisie), o dzieciach, które nie potrafią czytać ze zrozumieniem, warto spojrzeć na sprawy szerzej. Nie wszystko jest tak tragiczne, jak próbują nas przekonać nagłówki. Zanim więc damy się porwać narracji o cywilizacyjnym upadku, zobaczmy coś innego:
czytanie dzieciom to nie tylko odpowiedź na kryzys — to budowanie świata od podstaw, słowo po słowie.

Dlatego ten tekst nie będzie o statystykach (choć kilka się pojawi). Będzie o codziennych gestach. O zaufaniu. O chwilach, które wydają się małe, ale w rzeczywistości są większe niż cały system edukacji.

Bo przecież wszystko zaczyna się od bajki.
I od kogoś, kto zechce ją przeczytać.

Czytanie dzieciom — codzienny akt odwagi i bliskości

Nazwa tego serwisu zobowiązuje — a zobowiązania, jak wiemy, to rzadki luksus w czasach, gdy można scrollować całe życie i nigdy nie dotrzeć do puenty. Dlatego z niegasnącą nadzieją zakładam, że wśród czytelników znajdą się tatusiowie, którym zależy — nie tylko na tym, by dziecko nie wpadło do kałuży, ale też by nie utopiło się w morzu bylejakości. Tacy, którzy wiedzą, że czytanie dzieciom to nie przeżytek, lecz akt czułego oporu wobec świata, który coraz częściej funkcjonuje według „nowoczesnej” idei: „Nie myśl, tylko klikaj.”

Uważam, że bez przesady mogę napisać, że zbliża się katastrofa kompetencji czytelniczych! Dzieci nie rozumieją, co czytają, a dorośli udają, że nic się nie stało! I choć niektóre dane są jak najbardziej niepokojące, cały ten medialny karnawał często przypomina bardziej sabat panikarzy niż realną diagnozę. Wśród powołań na badania, autorytety i raporty ginie to, co najważniejsze — ludzki czynnik, ten drobny gest: dorosły pochylony nad książką, obok niego dziecko, obok niego — świat.

Zanim napisałem ten tekst, zanurkowałem głęboko w morze danych i statystyk. Przesiałem, przetrawiłem, odcedziłem wszystko, co miało posmak pseudonauki i przesady. I wiecie, co zostało na dnie tego literackiego destylatu?
Jedna, krystaliczna prawda: czytanie dzieciom daje naprawdę mierzalne efekty.

Można wnioskować, że nieprzypadkowo polscy uczniowie zdobyli 512 punktów w badaniu OECD PISA dotyczącym rozumienia tekstu. To wynik, który każe światu zdjąć czapkę z głowy i ukłonić się w stronę naszych dzieci. Lepsze rezultaty miały tylko edukacyjne potęgi — Chiny, Singapur, Estonia, Finlandia. Ale Polska? Polska weszła na podium z książką w ręku i wzrokiem pełnym zdań złożonych. Niestety kolejne pokolenia, mogą nie dostąpić takiego zaszczytu.

I moim zdaniem za takie sukcesy wcale nie odpowiada wiecznie nowa podstawa programowa ani magiczne reformy z „Ministerstwa Oświecenia Narodowego”. To efekt cichych wieczorów, kiedy ktoś zamiast odpalić serial, odpalił „Kubusia Puchatka”. Kiedy ojciec czytał, a dziecko słuchało, przytulone, z oczami szerokimi jak otwarte okno w dusznym świecie ekranów. To czytanie dzieciom. Bez fleszy, bez lajków, bez abonamentu.

I to właśnie dlatego nie powinniśmy jedynie stawiać gardy przed analfabetyzmem i ograniczoną wyobraźnią, której brak wpycha dzieci pod samochody. Nie powinniśmy budować warowni, monitoringów. Powinniśmy budować czytelnicze imperia domowe — z tatą w roli ministra i ambasadora kultury, i dzieckiem, które chce jeszcze jeden rozdział przed snem.

Czytanie dzieciom to nie hobby. To alchemia. To lek na samotność. To wyciągnięta dłoń do dziecka stojącego na parapecie. To walka z cyfrową amnezją. To czułość w formacie papierowym. To gest, który wyraża: „Jesteś ważny! Tak bardzo, że zamiast scrollować smartfona, chcę cię zabrać do świata, gdzie smoki płaczą, a koty mówią prawdę.”

Więc, drodzy ojcowie, ale także mamy, dziadkowie — zanim poddacie się mocy wieczornego scrolla, sięgnijcie po książkę.
Nawet jeśli dziecko ziewa. Nawet jeśli wy też.

Czytanie dzieciom to jedyny czas, kiedy świat naprawdę zwalnia – i zaczyna mówić po ludzku

Dlaczego czytać dzieciom?

1. Czytanie pogłębia relację z dzieckiem

Posiadanie dzieci to przyjemność do potęgi n-tej, wprost proporcjonalna do ich liczby. Dla tych, którzy z jakichś względów dzieci nie mają lub nie planują mieć, może być to doświadczenie równie niewyobrażalne jak dla mnie skok ze spadochronem. Albo na bungee.

Proszę sobie jednak wyobrazić dość typową sytuację, z którą większość z nas — rodziców — mierzy się przez co najmniej kilka lat. Wieczór jak w setkach innych domów, z tą różnicą, że nie oglądacie serialu na platformie streamingowej, nie pobieracie Internetu na telefon.

Taka sytuacja: Kuchnia. Na stole okruchy po kolacji, na podłodze jakaś plama, córka biega w piżamie z jednym rękawem pod pachą, jest prawie 23, a ten mały człowiek jeszcze nie ma dość, a ja— zmęczony, z oczami jak dwuzłotówki — marzę tylko o tym, by usiąść i zniknąć w kanapie. I wtedy słyszę ten głos:

„Tato, przeczytasz?”

I widzę przed sobą córkę. W piżamie. Może jest trochę ospała, ale w oczach płoną ognie — ten szczególny żar, który tylko dziecko potrafi rozpalić.
W pierwszym odruchu mam ochotę westchnąć i powiedzieć: „Może jutro.” Ale coś – może echo własnego dzieciństwa, może resztki sumienia – każe sięgnąć po książkę.

Otwieram.

Zaczynam.

I nagle… wszystko cichnie.

Dziecko siada blisko. Patrzy. Słucha. Zaczynamy się śmiać z głupich dialogów. Przerywa mi, bo chce, żeby coś jej wyjaśnić. Odpowiadam. Czytamy dalej. Zmieniam głos na niski, groźny, potem piskliwy.
I orientuję się, że jesteś w środku opowieści. Razem z nią. Naprawdę razem. Do północy lub później. Czy jestem rano zmęczony? Jestem, ale wiem, że to owocne zmęczenie.

To nie jest spektakl. To nie jest edukacja. To nie jest parenting z Instagrama.

To jest czytanie dzieciom w czystej postaci — takie, które zostaje w pamięci jak zapach książki, która przeszła przez wszystkie dzieciństwa w rodzinie.

Czytanie dzieciom - Grafika promująca książki dla dzieci: „Opowieści o tym, co w życiu ważne” oraz „Dobre Bajki” Małgorzaty Korbiel. Ilustracje przedstawiają rodzinę oraz dzieci bawiące się na placu zabaw. Napis: „TO JEST TO!” oraz logo tataczyta.com.
Czytanie dzieciom – książki, które pomagają mówić o emocjach i tym, co w życiu ważne.

2. Znowu czytasz głosem kaczki, czyli serce na dłoni

Prawdopodobnie w każdym podręczniku dla rodziców znajdziecie informację, że aby życie z małymi dziećmi było w miarę poukładane, potrzebna jest rutyna. Choć niektórzy wolą nazywać ją rytuałem — bo może brzmi milej i bardziej „mistycznie”.

Coś w tym pewnie jest, ale w naszej rodzinie nigdy nie udało się tej metody konsekwentnie wdrożyć.
Chyba że za rytuał uznamy codzienne powtarzanie: „Spakujcie się do szkoły”, „Naszykujcie ubranka” i tak dalej.

Wieczorne czytanie to forma rutyny— którą można realizować na wiele sposobów.

Pierwszy — dobrze znany każdemu zmęczonemu rodzicowi — to wersja minimalistyczna, wręcz agonalna: bierzesz (często byle jaką) książkę, otwierasz i czytasz monotonnym głosem, jak urzędnik odczytujący uchwałę w sprawie czegokolwiek. Dziecko zasypia szybciej, niż zdążysz powiedzieć: „Był sobie pewien miś…”

Nierzadko zasypiasz razem z nim. Budzisz się po dwóch godzinach. Taki oto wasz rytuał.

Druga opcja — mniej wygodna, ale o niebo skuteczniejsza — to pełne zaangażowanie. Tu nie wystarczy tylko czytać. Trzeba wejść do tej historii. Wcielić się w każdego bohatera, modulować głos, robić dramatyczne pauzy, udawać płacz, śmiech i… kaczkę.
Tak, kaczkę też. Bo właśnie wtedy dziecko nie tylko słucha — ono przeżywa. I Ty razem z nim.

I wcale nie jest tak, że takie czytanie „rozbudza dziecko”. Wiele razy czytałem przezabawne historie moim córkom — pękały ze śmiechu (zamiast spać!), ale w pewnym momencie przychodził sen.
Dziecko wtulało się we mnie, a nie w poduszkę, i zasypiało z uśmiechem na ustach.

Tak, kaczkę też. Bo właśnie wtedy dziecko nie tylko słucha – ono przeżywa. I Ty razem z nim.

I wcale nie jest tak, że takie czytanie „rozbudza dziecko”. Wiele razy czytałem przezabawne historie moim córkom — pękały ze śmiechu (zamiast spać!), ale w pewnym momencie przychodził sen.
Dziecko wtulało się we mnie, a nie w poduszkę, i zasypiało z uśmiechem na ustach.

I tu leży sedno sprawy: czytanie dzieciom książek to nie tylko sposób na spędzenie wieczoru.
To emocjonalny akt odwagi. To moment, w którym zdejmujesz pancerz dorosłości i mówisz:
„Popatrz, tu jestem. Cały. Z głosem, który czasem drży. Z historią, która mnie też porusza. Z sercem na dłoni.”

Dzieci to czują. Wiedzą, kiedy jesteś autentyczny, a kiedy tylko „odhaczasz wieczór”.

A gdy czytasz z zaangażowaniem — z oczami, które śmieją się razem z Muminkami, i z głosem, który drży przy pożegnaniu Małego Księcia — dla swojego dziecka stajesz się kimś więcej niż rodzicem. Stajesz się bohaterem.

I choć na początku mogą być zaskoczone Twoim teatralnym zacięciem, szybko zaczną tego oczekiwać.
„Tato, mów głosem Remika” — i wiesz, że to już nie tylko opowieść. To relacja. Most zbudowany z emocji, który zadziała również wtedy, gdy przyjdzie czas na trudne rozmowy o życiu, dorastaniu i o tym, że nie każdy wilk musi być zły.

Bo jeśli nauczysz dziecko emocji przez książkę, łatwiej porozumiesz się z nim wtedy, gdy emocje przestaną być słodkie jak bajka.

3. Wspólne czytanie pozwala Ci zaobserwować emocje u swoich dzieci

Są takie momenty podczas wieczornego czytania, kiedy przestajesz być tylko narratorem i stajesz się… obserwatorem. Czytasz, niby skupiony na tekście, ale kątem oka — o ile oko może mieć kąt, a kto ma dzieci, ten wie, że rodzic ma ich przynajmniej trzy — widzisz, jak Twoje dziecko reaguje.
Jak marszczy brwi. Jak wstrzymuje oddech. Jak rozjaśnia mu się twarz albo jak po cichu spływa łza.

Zdarzało się wielokrotnie, że podchodziliśmy do jakiejś książki kilka razy, ponieważ dzieci nie były w stanie przełamać emocji, które się nawarstwiły. Mamy także jedną niedokończoną opowieść — przeczytaliśmy jakieś 400 stron, i w pewnym momencie pojawiła się scena, która doprowadziła do tego, że książka wróciła na półkę. Mam nadzieję, że kiedyś do niej wrócimy.

Nie potrzeba testów, ankiet ani aplikacji do analizy nastroju — wystarczy bajka i kilka stron wieczorem.
Widzisz, kiedy coś porusza. Widzisz, kiedy pojawia się niepokój, radość, empatia.

Czytanie dzieciom daje Ci rzadką szansę podglądania ich emocjonalnego świata w trybie rzeczywistym — jakbyś zaglądał przez okno, które zwykle bywa szczelnie zasłonięte.

W moim przypadku szczególnie utkwił mi w pamięci pewien wieczór z Koziołkiem Matołkiem — bohaterem, który swoją głupotą bawił pokolenia, ale moją córkę… wzruszał do łez. Tak, do prawdziwych łez.

Gdy tylko Koziołek wpadł w jakiekolwiek tarapaty (a jak wiemy — robił to z regularnością szwajcarskiego zegarka), moja starsza córka zaczynała płakać. Rzewnie. Bez ironii.

Ilustracja z komiksu o Koziołku Matołku — dwie klatki w stylu starej kliszy filmowej. W obu Koziołek siedzi w celi, z opuszczoną głową, skutymi rękami i łzą na policzku. U dołu grafiki widnieje napis: „Płakał Koziołek… Płakała Ona. Książki pełne emocji.” Obrazek symbolizuje wzruszenia dzieci podczas czytania książek.
Płakał Koziołek… Płakała Ona. Książki pełne emocji

Przez sześć miesięcy czytałem te same księgi, adaptując fabułę jak zawodowy dramaturg: czasem pomijałem smutniejsze fragmenty, innym razem łagodziłem je na poczekaniu, by Koziołek szybciej wyszedł z opresji.

I choć wieczory wyglądały przez ten czas niemal identycznie — tekst, emocja, łza, tulenie — każdy był wyjątkowy.

Dlaczego? Bo za każdym razem dowiadywałem się czegoś nowego o niej. O tym, co ją wzrusza. Co ją martwi. Czego się boi. I co jest dla niej ważne.

To właśnie dzięki temu wiem, że bajki to nie tylko opowieści — to testy empatii, szkła powiększające dziecięcych duszy. I jeśli tylko chcemy, możemy ich użyć, by przygotować nasze dzieci na większe historie: te z życia, które nie zawsze kończą się szczęśliwie.

Bo emocji nie da się nauczyć wykładem. Trzeba je przeżyć razem, a czytanie dzieciom to jeden z niewielu sposobów, by zrobić to, zanim świat stanie się zbyt głośny, a dzieci — zbyt zamknięte.

4. Czytanie dzieciom i inne eksperymenty w piżamie

Kiedy przysłuchuję się mądrym wypowiedziom wielu rodziców, dochodzę do jednego wniosku: nie trzeba być profesorem psychologii dziecięcej, żeby wiedzieć, że dzieci uwielbiają zadawać trudne pytania. Zwłaszcza te, które rozkładają dorosłych na łopatki w sekundę.

Często słyszę od znajomych rodziców, jak dzieci wbijają ich w ziemię pytaniami typu:
„Czy ryby wiedzą, że nie mają nóg?”
„Jeśli wszyscy mają inne oczy, to może każdy widzi inne kolory?”
„Czy jak ktoś wymyśli nową literę, to alfabet się obrazi?”
„Dlaczego śmierć istnieje?”
„Czy można zjeść księżyc?”
„A jak wiemy, że nie jesteśmy w bajce, tylko w czymś prawdziwym?”

I choć w ciągu dnia często odpowiadamy na te pytania z zegarkiem w ręku i torbą w zębach, wieczorem — gdy zaczynamy czytanie dzieciom — świat nagle zwalnia.
I to właśnie wtedy, między jedną stroną a drugą, pojawia się przestrzeń na rozmowę, która nie kończy się na „bo tak”.

Czytając, często przenoszę treść opowieści na grunt codzienności. Zadaję pytania:
„Co to znaczy?”
„Dlaczego ten bohater tak postąpił?”
„A ty, co byś zrobiła na jego miejscu?”

I nagle widzę — nie tylko słyszę — jak moje dziecko myśli.
Jak się zastanawia, waha, analizuje. Jak tworzy w sobie mikroświat wartości, który z czasem stanie się jego kompasem moralnym.

A wszystko to bez wielkich wykładów i moralizatorstwa. Wystarczy historia i dobre pytanie w odpowiednim momencie.

Jak wtedy, gdy córka stwierdziła:
„Ja bym nie uratowała tej księżniczki, bo ona i tak się ciągle obrażała. Niech sobie siedzi w tej wieży i przemyśli swoje zachowanie.”

Takie momenty pokazują, że dziecko nie tylko słucha — ono naprawdę przetwarza świat, stawia hipotezy, buduje system wartości.
I o to przecież chodzi. Nie o to, by znało wszystkie stolice świata, ale żeby umiało zadawać pytania i próbować zrozumieć rzeczywistość.

A czy można to osiągnąć bez podręczników, testów, aplikacji edukacyjnych i kursów z platformy, która co trzy sekundy woła: „kliknij dalej”?
Oczywiście, że można. Wystarczy książka, kilka prostych pytań — i czytanie dzieciom jako wehikuł do myślenia.

5. Apetyt rośnie w miarę czytania

Kiedy pisałem ten tekst dwa lata temu, moje córki jeszcze nie czytały. Wprawdzie posiadały już zestaw umiejętności, który dzielił je o krok od tej sztuki, ale wciąż to ja byłem tym, który otwierał opowieść i nadawał jej głos.

Dziś, dwa lata później, obie czytają płynnie. Ale nasze wieczorne sesje wciąż trwają — one w piżamkach, ja z książką — i nadal widzę, jak z każdą przeczytaną historią moje dzieci obrastają w człowieczeństwo.

Widzę, jak się zmieniają. Jak czytanie dzieciom wpływa na ich sposób wypowiedzi, na wrażliwość, na empatię.

Bo nie oszukujmy się — wszystko zaczyna się od bajek, ale nie kończy się na bajkach.

Te wieczorne czytania, te rozmowy po rozdziale, te pytania: „Dlaczego wilk chciał zjeść babcię?”, „Czy można kochać kogoś, kto zrobił coś złego?” — to są ćwiczenia z rozumienia świata. Z moralności. Z niejednoznaczności. Z człowieczeństwa.

Mam taką skrytą nadzieję — nie nachalną, ale cichą, szczerą — że za kilka lat usiądziemy razem i będziemy rozmawiać nie tylko o Małym Księciu, ale też o Heideggerze i jego byciu-w-świecie, o Gadamerze i dialogu jako warunku rozumienia, o Ricoeurze i narracyjnej tożsamości.

A może nawet uda się zrobić to bez tłumaczenia każdego zdania z akademickiego na ludzki.

A jeśli nie?
Jeśli skończy się na tym, że będziemy wspólnie czytać i śmiać się z absurdalnych książek o psach w kapeluszach?
To też dobrze.

Bo apetyt rośnie w miarę czytania — ale nie chodzi o to, by dziecko zjadło wszystkie książki świata.
Chodzi o to, żeby nie przestało być głodne.

Epilog: Zaczyna się od bajki, kończy się na byciu

Wielkie umysły nie kształtują się w laboratoriach – one rodzą się w trakcie tych wieczorów, gdy ktoś mówi:
„To co, dziś rozdział czy dwa?”

Zaczyna się od królewny, która zgubiła but. Od misia, który zgubił ogon. Od wilka, który zjadł babcię, ale dostał drugą szansę. A potem, całkiem niepostrzeżenie, pojawiają się pytania o sprawiedliwość, odpowiedzialność, sens. O to, czy można nie lubić bohatera, a mimo to go rozumieć. O to, czy warto być dobrym, gdy nikt nie patrzy.

Czytanie dzieciom to nie tylko wspólny czas. To wspólne pytanie: „Jak być człowiekiem?”

I o dziwo — odpowiedzi wcale nie trzeba szukać w podręcznikach filozofii. Czasem wystarczy, że dziecko powie:
„Ja bym go nie zostawiła samego, nawet jak był zły. Bo może jest zły, bo był sam.”

I wtedy wiesz, że dzieje się coś ważnego. Nie musicie rozumieć Gadamera. Wystarczy, że rozumiecie się nawzajem.

Wystarczy, że macie świadomość, że w normalnym świecie ludzie nie pożerają się jak wilki — tylko rozmawiają ze sobą. Współodczuwają.

Jeśli dzisiaj masz przeczytać TYLKO jedną rzecz — niech to będzie bajka, nie ten wpis.
Ale jeśli Cię poruszył — pokaż go komuś, kto też czyta wieczorami i czasem robi głos smoka, kaczki lub po prostu szczeka, kiedy wymaga tego sytuacja.